BEZ ZAHAMOWAŃ – Zügellos, część 1

blue-eyes-237438_1280Wariactwo. Takie było ich życie. Planowanie mijało się z jakimkolwiek celem, skoro rzeczywistość podsuwała lepsze opcje do wykorzystania. Chwila, moment, ONI, bus, BERLIN.

Po co się zastanawiać? Myślenie czasem zabija najlepsze idee, ogranicza wewnętrzne JA. Dusi, przygniata, nie daje oddychać. Spontaniczne decyzje są najlepsze. Sprawiają, że się śmiejesz, unosisz. Jest lżej, łatwiej. Luiza wolała żałować, że coś zrobiła, niż że coś ją ominęło. Chciała prowadzić swoją linię życia według swoich kaprysów, zachcianek, aniżeli z góry zaprojektowanej egzystencji. Eryk był jej dopełnieniem. On nie był jej drugą połową. On był jej nieodłączną częścią, bez której nie umiała się śmiać, płakać, produkować uczuć. Był jej odbiciem w lustrze, błyskiem w oku. Był nią. Dlatego byli tak dobrze dobrani. Nie musieli nawet ze sobą rozmawiać, aby się rozumieć i łączyć oddzielne, a jednak wspólne neurony w przepływie myśli.

Pomysł na nocny wypad do Berlina pojawił się ot, tak. Realizacja była także prosta. Wystarczyło tylko wsiąść do busa. Wcześniej, tak dla dodania sobie odwagi, w zwykłej butelce plastikowej przygotowali sobie drinka. Wiedzieli, że na trzeźwo nie da rady. Jechali w jasno określonym celu – patrzeć jak inni się pieprzą, pieprzyć się ze sobą i w zależności od tego, jak sytuacja się potoczy – pieprzyć się z innymi. To wymagało „procentowego” wsparcia.

Koniec alkoholu. Koniec trasy. Wysiadka. Przenikliwy mróz ostro wbijał się w ich odsłonięte części ciała. Od dworca autobusowego do stacji metra było kilkaset metrów. Szybkim krokiem pokonali tą odległość. Luiza uśmiechała się lekko, mijając przechodniów.

Tak, idźcie do swoich ciepłych domów. Wracajcie do tego przeciętnego życia. Wegetujcie, rozmnażajcie się, tyjcie, niszczcie szare komórki bezmózgowym skakaniem po telewizyjnych kanałach. Bądźcie nijacy. Ułatwiajcie mi wyróżnianie się z tego bezpłciowego tłumu. Wasza słabość jest moją siłą.

Paradoksalnie, z każdym krokiem, Luiza czuła przypływ kobiecej pewności siebie. Och, jak ona lubiła budzić w sobie to uczucie. Wyciągać na wierzch ciemną stronę własnej bytności i zakamarków świadomości. Kusić, nęcić, prowokować, gryźć, porzucać. Rządzić, dzielić, dawać, zabierać. Dyrygować, dyktować, poniżać, chwalić.

Wizja zabawy z innym mężczyzną podniecała ją, rozgrzewała jej trzewia, przyspieszała tętno. Była gotowa.

Razem z Erykiem postanowili odwiedzić nowe miejsce na swingersowej mapie Berlina. Tym razem padło na Zügellos. Kolejny lokal umiejscowiony obok zwykłych budynków mieszkalnych.

Ciekawe czy mieszkający tu ludzie wiedzą co się dzieje za ścianą ich bezpiecznej przestrzeni? Czy słyszą te jęki rozkoszy? Czy robią sobie dobrze wczuwając się w rytmiczne uderzenia zwierzęcego seksu?

Luiza wpadła w swoisty stan zawieszenia. Eryk był bardziej konkretny. Nie zastanawiając się długo, wcisnął guzik domofonu. Drzwi otworzyła im uśmiechnięta, lecz przysadzista kobieta. Miała na sobie jeansy i siateczkowaną bluzkę, opinającą jej duży biust i równie duży brzuch. Nie była atrakcyjna i to pod każdym względem. Zaprosiłam ich do środka. Już od samego wejścia, uderzył ich zapach papierosów. Ciężki, przytłaczający i otumaniający. Kobieta zapytała się o ich imiona i w kilku zdaniach opowiedziała, gdzie mają się udać. Szatnia była niewielkich rozmiarów. Małe szafki na zrzucenie codzienności i wyjęcie odmienności. Czarna sukienka, czerwona szminka, czarne szpilki. Rola femme fatale przyjęta. Głęboki wdech, nonszalancka poza, wysunięty podbródek. Czas zaprezentować się innym.

Zostań ze mną…

Już wkrótce przeczytasz część II ...

Close