Coś się w niej zmieniało. Życie pod czyjeś dyktando, tak dotychczas wygodne, zdawało się nagle ją uwierać, wbijać się w delikatne zwoje podświadomości. Złudna stabilizacja ze spokoju przemieniała się w niepokój. To nie była ewolucja, lecz zwiastun nadchodzącej rewolucji. Emocjonalnej, cielesnej… Rewolucji jej całej.

Pogaduchy o pierdołach przy kawie z koleżankami z pracy zaczęły ją irytować. A przecież do niedawna tak bardzo je lubiła. Stanowiły przyjemną odskocznię od wbijania kolejnych cyferek do formularzy rozliczeniowych. Ale ile można słuchać o problemach z dziećmi, mężami, dietami. Wszędzie problemy. I to nie jej, ale cudze. Zupełnie jakby jej życie gdzieś zanikało, zagubione w troskach innych. A co z nią, czy ona się nie liczy?

Zawsze robiła coś dla kogoś. Wpierw dla rodziców, dla których świadectwo z czerwonym paskiem było gwarancją świetlanej kariery. Później dla znajomych z liceum, aby udowodnić, że nie jest jakąś egzystencjalną fajtłapą, paląc z nimi fajki na długiej przerwie, ukryta gdzieś między drzewami w parku, aby żaden z nauczycieli nie zauważył. Potem na studiach, nie chcąc wypaść z towarzyskiego obiegu, chodziła na imprezy, gdzie piwo było chrzczone, a faceci nachalni. Aż wreszcie w jej wymarzonej pracy, która bardzo szybko okazała się jedynie marzeniem na papierze, robiła coś czego nie cierpiała, na dodatek z ludźmi, których wydumane ambicje tak naprawdę ograniczały się jedynie do przeżycia od pierwszego do pierwszego. Z przerwą na jakiś egzotyczny urlop, aby potem móc chwalić się fotkami z wyjazdów. Zarówno na Facebooku, jak i zdjęciem na tapecie ekranu ich zajebistego smartfona.

Tak bardzo pragnęła się dopasować, że nie zauważyła, iż nie pasuje do tego stylu w ogóle. Niczym puzzel o za bardzo nieregularnych kształtach. Zbyt nieregularnych w porównaniu do pozostałych.

***

Zaparzyła ulubioną herbatę i usiadła na ukochanym balkonie. To była jej ulubiona chwila w ciągu dnia. Tylko ona, wiatr i kwiaty wystawiające się do słońca. Te ulotne momenty ładowały jej baterie, często od poziomu zero, ale rzadko kiedy do 100 procent. Czy lubiła samotność? Przyzwyczaiła się do niej. Stała się jej towarzyszką, najlepszą przyjaciółką.

Czy kiedyś jej serce biło szybciej? Tak, i to bardzo, wręcz szaleńczo.

Czy cierpiała? Tak, i to jeszcze bardziej.

Smutek przemienił się w złość, zaś złość w obojętność. Zaczęła dostrzegać uroki życia bez emocji. Płynnie przechodziła z jednego dnia do drugiego. Tydzień za tygodniem, miesiącem za miesiącem, aż wreszcie rok za rokiem.

***

Zazwyczaj nie pamiętała swoich snów. Przebudzenie wymazywało je gumką niczym korektor niepotrzebne błędy. Ale dziś było inaczej. Obudziła się rozpalona i wilgotna od lepkich wizji. Skotłowana pościel była świadkiem jej przemiany, od uśpionej larwy po barwnego motyla.

Chciała odlecieć. Poczuć wolność. Zrzucić gorset pruderii, nie pozwalający jej oddychać. Teraz uświadomiła sobie, jak bardzo dusiła się w swej przeciętnej codzienności.

Zapomniała nawet o tym, jak wielką przyjemność dawało jej kiedyś doprowadzanie się do rozkoszy. Palcem, wibratorem, nawet samą fantazją. Czemu z tego zrezygnowała? Bo ktoś kiedyś powiedział jej, że to złe? A może wbiła sobie do głowy, że masturbacja jest smutna i żałosna?

Ależ ja głupia byłam!

***

Lecz we śnie była kimś innym. Pewną siebie kobietą, nie bojącą się łapać spojrzenia, przetrzymywać je i wnikać do głębi ich właściciela. Role się odmieniły. To nie ona pierwsza, speszona spuszczała głowę w dół, teraz to inni czuli jej dominację.

Nie bała się. Chciała tego. Bardziej niż czegokolwiek do tej pory.

Idąc do miejsca przeznaczenia, ujrzała kolejkę mężczyzn czekających na jej przybycie. Zatrzymała się przed nimi i niczym świadek na rozpoznaniu, zaczęła wskazywać na poszczególne osoby:

Ty tak, Ty nie. Ty nie, ale Ty tak.

Z kilkudziesięciu wybrała kilkunastu.

Zaczekajcie – rozkazała im.

Otworzyła drzwi. W pomieszczeniu znajdowało się jedynie ogromne łoże i zawieszone nad nim, lustro zajmujące cały sufit. Nie było w nim żadnych pejczy, kajdanek, opasek, obroży. Nie potrzebowała takich narzędzi, gdyż to ona była narzędziem do spełnienia.

Położyła się na satynowej, fioletowej pościeli, pachnącej wanilią. Wiedziała, że za chwilę ten zapach zniknie, lecz pojawią się nowe: potu, seksu, spermy. A ona będzie źródłem, z którego wszyscy będą czerpali.

Wejdźcie – powiedziała stanowczo.

Stanęli dookoła niej, otoczyli łańcuchem ciał. Nie bała się, bo to ona królowała. Ponadto, wszyscy spotkali się tutaj w jednym celu – podarowania sobie zaspokojenia. Objęła wzrokiem ich wszystkich. Nie spieszyła się, przyglądając się każdemu z osobna.

Ty zaczniesz – wskazała na przystojnego bruneta.

Mężczyzna podszedł do niej. Drżąc z podniecenia, zapytał:

Jak sobie życzysz?

– Zacznij delikatnie.

***

Rozchylił jej nogi, sycąc zmysły widokiem kobiecości, tak pięknie wydepilowanej i zaróżowionej. Wędrówkę po jej ciele rozpoczął od łaskoczących pocałunków w stopy. Zaczęła chichotać, rozluźniając się jeszcze mocniej. Ale im bardziej jej kochanek, eksplorował językiem okolice ud, tym bardziej śmiech przeistaczał się w ciche pojękiwanie. Aż wreszcie mężczyzna zniknął w otchłani jej cipki, liżąc, zasysając, leciutko przygryzając. Pozostali przyglądali się im, pieszcząc się na ich widok.

Podejdźcie!

Krąg zacieśnił się. Ona była centrum, oni zaś promieniami, zmieniającymi swe położenie.

Wejdź we mnie…

Szybkim pchnięciem, jej wnętrze wypełniło się pulsującym penisem.

Jak ona tego chciała…

Penis w cipce, penis w ustach, penisy w dłoni. Oni byli marionetkami, a ona reżyserem spektaklu, pociągającym za sznurki. Dosłownie.

***

Czy istniały jakieś granice? Nie. Za dużo cennych momentów swojego życia poświęciła na dostosowywanie się do wszelkich norm. W przedszkolu – tylko nie wyjdź za linię w kolorowance. W szkole – nie wychodź przed szereg, bo indywidualizm to niebezpieczeństwo. W dorosłości – nie wychodź tam gdzie ciemno, bo nie wiadomo co cię spotka.

A ona właśnie chciała wyjść poza linię przyzwoitości, tam gdzie mrocznie i ryzykownie. Tam, gdzie mogła odkryć swoją prawdziwą naturę.

I w tym śnie, poczuła, że po raz pierwszy się spełnia. Zamiast naciskać na hamulce, ona je puściła, dając się ponieść sferze fantazji. Była wyzwolona, pożądana, zaspokajana. Nie chciała znać imion, nazwisk czy ulubionych filmów. Oni mieli ją pieprzyć, a ona miała być wypieprzona jak nigdy dotąd. Liczyło się to, co jest tu i teraz. Przeszłość zanikała, zaś przyszłość dopiero się kreowała.

Według numerka czy według kolejności? Według kolejności numerków!

Pierdolić zasady! Pierdolić schematy!

Postanowiła być egoistką. Tak, seksualną egoistką. Nadrobić ten stracony na poprawność czas. Nie zmuszać się do czegoś, co nie sprawia jej radości. Nie była kotem, który według mitów, ma dziewięć żyć. Ona miała tylko to jedno, jedyne, najukochańsze, bo jej własne.

Była właścicielką swojego życiorysu. Niby miała je na wyłączność, lecz miała wrażenia, że podpisała umowę lojalnościową nie z tym partnerem, co powinna.

***

To nie był tylko sen… To był zwiastun przemiany. Dlaczego miała skrywać swoje seksualne pragnienia? Ów nocna wizja uświadomiła jej, że nie może czekać. Że pragnie, aby jej cipka była penetrowana na wiele sposób, a usta nie służyły jedynie do wypowiadania słów. Miała wiele do zaoferowania, ale też i wielkie oczekiwania. Dawać i brać, brać i dawać. Bawić się, szaleć, zapominać. Budzić się rano obolałą od uciech, a nie z ciężkimi od łez powiekami.

Tak, postanowiła zrzucić ten ciążący gorset pruderii. Bezpowrotnie.

Tekst: Luiza

PRZECZYTAJ: http://swingwithme.pl/wloski-romans-cz-i/

Fot.: https://pixabay.com/pl/steampunk-pi%C4%99kna-dziewczyna-modelu-2828637/