684413_53430359Choć sama należę do gatunku homo sapiens, podobno tego piękniejszego, to jednak czasem muszę stwierdzić, że kobiety mnie po prostu wkurwiają. Czym? Tym swoim pieprzonym malkontenctwem, jakie są one biedne i nieszczęśliwe, a ich kochankowie/partnerzy/mężowie tacy biedni, niezaradni i nieogarnięci życiowo. I tu pojawia się zasadnicze pytanie – po co z nimi jesteście, skoro tak Wam przeszkadzają?

Lista możliwych przyczyn:

  • bo nie lubimy być same;
  • bo przecież mamy swoje potrzeby seksualne i ktoś je musi zaspokoić (w końcu bateria w wibratorze nie działa bez końca);
  • bo potrzebujemy kimś się opiekować;
  • bo jednak czasem coś naprawią, a my tego nie umiemy;
  • bo pomogą zatankować samochód, czego nie cierpimy;
  • bo mają przebłyski czułości i porwą się na zrobienie herbaty, kiedy źle się czujemy;
  • bo nie chcemy wyjść na totalne blondynki, więc wysyłamy ich do miejsc, w których wiemy, że się nie odnajdziemy;
  • bo chcemy mieć dziecko, a do tanga trzeba dwojga;
  • …;
  • itp.

 

„Syndrom niedopchnięcia”

Z chęcią przeczytałabym Wasze „możliwe przyczyny”. Z pewnością każda z nas ma swoje. Co mnie skłoniło do napisania tego tekstu? Codziennie spędzam kilka godzin w internecie. Czytam, obserwuję i analizuję. Ostatnio zauważyłam, że panuje jakaś plaga najeżdżania na facetów. Drogie Panie – czy Wy w ten sposób leczycie zakorzenione w Was kompleksy i wpajane stereotypy przekazywane z babki prababki? Nie jesteście szczęśliwe? To zmieńcie to kurwa mać, zamiast biadolić. Jaką jeszcze inną prawidłowość zauważyłam? Najbardziej miauczące babki, to te które są po prostu… nie zaspokojone. Tak, tak. Nawet nie zaprzeczajcie. Jak się nie układa w łóżku, to cała nasza frustracja wyrzucona jest na zewnątrz. I komu się obrywa? Oczywiście, że mężczyznom. A ze względu na fakt, że jesteśmy w ciągłym biegu, bo to praca, dzieci, rodzina i znowu praca, to „syndrom niedopchnięcia” staje się coraz bardziej dokuczliwy dla otoczenia. Tego bliższego i tego dalszego.

Trucie dupy

To nie jest żaden pean na cześć facetów. O nie, Wy panowie też macie swoje za uszami, ale denerwuje mnie takie jednostronne podchodzenie do tematu. Stare prawidło mówi, że wina nigdy nie leży po jednej stronie. Babeczki, przestańcie udawać, jakie to Wy jesteście świadome i wyzwolone, skoro i tak dzień w dzień pędzicie do domu z torbami z zakupami, albo stoicie przy garach gotując obiad dla Waszej familii. A jak Wasz facet postanawia Wam w czymś pomóc, to mu na to nie pozwalacie. Dlaczego? Bo kto zrobi to lepiej, jak nie Wy? Często śmieję się sama z siebie, jak wydzieram się na swojego lubego, niczym baba na włoskim targu: a czemu ty robisz to, a czemu nie robisz tamtego? I tak trajkoczę, truję dupę, ośmieszając się tylko. I to na dodatek bez efektu. Bo co on robi? Zakłada wirtualne słuchawki na uszy i oddziela się od Ciebie dźwiękową i mentalną barierą. A i tak nie zrobi, tego o co „prosisz”. No pomyśl, gdyby ktoś tak Ci sączył jad do głowy, to miałabyś ochotę na cokolwiek? No, nie. A czemu to robimy? Bo czasami jesteśmy pojebane. Ot, cała prawda.

Dajmy sobie pomóc, bez zwyczajowego pierdolenia, co wypada, a co nie. Skoro jesteśmy w związku, to chyba dlatego, że chcemy być ze sobą. Bądźmy kurwa gender i przyjmijmy te role, które nam pasują. To jest wtedy prawdziwe partnerstwo.