„Love” – dla wielu film przełamujący tabu. Aż się dziwię, że w naszym katolickim kraju ten film wszedł na kinowe ekrany i co ważniejsze – nie zniknął zaraz po pierwszych wyświetleniach. Zdrada, trójkąt, przypadkowy seks, poszukiwanie, błądzenie. Fabuła co chwilę skręcająca w meandry przeszłości. Jako swingerka dojrzałam niuanse często niedostępne dla „zwyczajnego” widza…

Czy ten film był dobry? Nie odpowiem od razu. Z minusów z pewnością trzeba wymienić przedłużające się sceny, momentami zbyt patetyczne dialogi, nie do końca zrozumiałe reżyserskie wizje. Gdyby ten film nieco bardziej „skonwertować” bez wątpienia byłby przyjemniejszy dla oka i ucha. Ale jest jak jest, zatem nie ma co tego roztrząsać. Lepiej skupić się na tym, co nie jest jednoznaczne w rozumieniu.

Trójkąt niedoskonały

– Jaka jest Twoja fantazja?

– Widzieć jak pieprzysz się z drugą kobietą. Blondynką.

Od tego się zaczęło. Od chęci spełnienia wizji. Spotkali ją. Nową sąsiadkę. Ładną. Niewinną. Zaproponowali spotkanie. Kolację. Potem jointa. Na deser – łóżko. Ich troje. Blondynka zajmuje się nią. On zagłębia się w blondynce. Wszyscy są zaspokojeni.

Odważna scena pokazywana z góry. Jakbyśmy byli lustrem zawieszonym na suficie. Widzimy każdy szczegół. Twarze w grymasie orgazmu, falujące ciała, półprzytomne spojrzenia.

Podnieciłam się. To nie była wulgarna scena jak z taniego pornosu. Nie, tu była zmysłowość, której tak poszukuję w swym życiu.

Ale doskonałość jest ulotna. Jedna źle podjęta decyzja i wszystko się kończy. A trójkąt przemienia się w dwie styczne, lecz niestabilne linie. Tak jest zawsze, gdy punkt styczny jest tylko jeden.

Pomyłka przemienia się w życie. Niechciane. Przypadkowe. Szał uniesienia został przygnieciony przez prozę codzienności. Ale teraźniejszość nie istnieje w oderwaniu od przeszłości, która jak kropla drążąca skałę nie pozwala zapomnieć. Nie pozwala uwolnić się…

Retrospekcja szczęścia i błędów

Patrząc wstecz widzisz chwile szczęścia i chwile, których lepiej nie pamiętać. Ja wiem, na czym polega poszukiwanie siebie i odkrywanie własnej seksualności. Wiem, jakie to trudne przyznać się przed samą sobą, że chce się więcej. Że chce się innych. Że chce się inne. Że pragniesz przesuwać granice swoich pragnień. Granice, na których do tej pory stała strażniczka świadomości – wpojona przyzwoitość. Chcesz, ale to nie wypada. Pożądasz, ale to niewłaściwe. Zawsze jest jakieś normatywne „ale”.

Para, o której jest ta historia: Elektra i Murphy zgubili się gdzieś po drodze. Próby seksualnych eksperymentów kończyły się ich wzajemną niewiernością, ucieczką w narkotyki, wypluwaniem ostrych jak brzytwa słów, powodujących głębokie rany w umyśle i zakrzywienie postrzegania rzeczywistości. To smutne, a jednak czasem tak prawdziwe.

W filmie pojawia się scena z paryskiego swingers clubu. Pamiętam, swój pierwszy raz w takim miejscu. Jakie to było nowe, jakie fascynujące. Podniecenie ponad limitem moralności. Czerwone kanapy, przygaszone światła. Wilgoć między udami, dreszcze między synapsami. Erotyzm i zwierzęcość w jednym. I tutaj też pojawia się pewne „ale”…

Owoc zakazany najlepiej smakuje we dwoje

Swingując uczysz się zaufania do swojego partnera/partnerki, ale także do siebie. Wspólnie ustalacie na co możecie sobie pozwolić. Jaka forma dotyku i pieszczot jest dla was nie tylko przyjemna, ale przede wszystkim obopólnie akceptowalna. Obawa przed zdradą całkowicie zanika, bo po co się zdradzać, skoro razem możecie spełniać swoje nawet najśmielsze fantazje. Dlatego nie wyobrażam sobie „skoku w bok”. Ukrywania, tajemnicy. Tworzenia drugiego świata, który tylko przeszkadza i niszczy tą więź jaka jest między wami. Nad żądzą można zapanować. Nawet, gdy jest się w pojedynkę. Tak samo w swingers clubie. Zakazany owoc najlepiej smakuje we dwoje. Gdy jesteście obok siebie celebrując ciała innych. Gdy widzicie swoje emocje, reakcje, rozszerzone ze spełnienia źrenice… Tego nie zobaczycie będąc w osobnych pokojach. Tylko wspólne doświadczenia zbliżają. Osobne – oddalają i rodzą nieporozumienia.

„Love” pokazuje, jak łatwo zabłądzić. Jak brak rozmowy marnotrawi wysiłek włożony w układanie relacji. Jak „bycie razem i czasami osobno” się nie sprawdza. Człowiek ma zdolność do samodestrukcji i czasami tak łatwo zapomnieć, że budowanie miłości trwa latami. A koniec może być tragiczny…

Nie będę zagłębiała się w szczegóły fabuły i zdradzała poszczególnych wątków, bo nie na tym powinna polegać recenzja. Ale myślę, że osoby ze świata swingerskiego powinny ten film zobaczyć, bo „Love” podsuwa pewne tematy do przemyślenia…

Tekst: Luiza

P.S. Podzielcie się swoim przemyśleniami, gdy „Love” trafi do Waszej kategorii „obejrzane” 🙂

PRZECZYTAJ: http://swingwithme.pl/poprosze-dwa-razy-gang-bang/