NIEDŁUGO ZNIKNĘ…

Raz na jakiś czas musi dopaść mnie chandra. Nie trwa ona długo, zazwyczaj jeden dzień, no może dwa gdy dzieje się coś poważniejszego. Potrzebuję wtedy się wypłakać i wyprać organizm z niezdrowych emocji. Ale nic tak nie poprawia nastroju jak zmiana.

Od jakiegoś czasu chodzi za mną wiele pomysłów na rozwój siebie oraz tworzonego bloga. Jednak tak samo jak głowa kipi od nowych idei, tak i jedna myśl obezwładniła mnie całkowicie – stoję w miejscu. Utknęłam. Wiem, co chcę robić, ale jakby brakowało mi odwagi na zrobienie kolejnego kroku.

Absurd, prawda? Na co dzień jestem przebojowa, a świat zdobywam uśmiechem i pozytywną energią. Jestem szczęściarą, bo odnalazłam swoją życiową pasję – pisanie. Cały czas dokształcam warsztat pisarski – dużo czytam i próbuję nowych technik, a obserwując styl w jakim jeszcze rok temu pisałam teksty – widzę progres. I wierzcie mi, że nic tak mnie nie uskrzydla jak wciśnięcie przycisku „Publikuj” i puszczenie w sieć nowego wpisu. Bo piszę dla Was. Dzielę się emocjami, opisuję nasze przygody, bo wiem że na to czekacie.

To nie tylko blog, to nasze życie

Nie skłamię, jak napiszę, że blog stał się moim życiem. Każdą wolną chwilę poświęcam na wymyślaniu treści oraz działań łączących polskich swingersów. A jest nas naprawdę wielu. Zanim weszliśmy z Erykiem w swingerski krąg, myślałam, że nas jest zaledwie garstka. Myliłam się. I to bardzo. Widzę to w Waszych komentarzach, mailach i rosnących statystykach.

Tak naprawdę dopiero od stycznia tego roku postanowiłam zaangażować wszystkie siły w rozwijanie strony. I wiecie co? W niespełna pół roku zwiększyłam liczbę unikalnych użytkowników… sześciokrotnie! Czasami sama przecieram oczy ze zdumienia, kiedy bywają momenty, że w ciągu jednego dnia blog jest odwiedzany przez kilka tysięcy ludzi.

Wiele się zmieniło…

Trzy lata temu, kiedy zakładałam stronę na darmowej platformie Onetu nawet nie śniłam o takich wynikach. Pisałam dla siebie, realizując przy tym jedno ze swych najskrytszych marzeń – stać się pisarką. I tak z miesiąca na miesiąc niszowy blog powoli i bez żadnej reklamy zdobywał nowych czytelników. A ja jak nastolatka cieszyłam się każdym słowem pojawiającym się pod wpisem (zresztą tak jest do dzisiaj, bo nawet hejterzy dostarczają inspiracji). I chociaż co jakiś czas blog przeżywa małą rewolucję (bo obecny wygląd to już jego trzecia odsłona), to jedna rzecz się nie zmieniła – radość z pisania. Ona jest we mnie i wiem, że Wy też to czujecie.

Cenne lekcje

Blogowanie wiele mnie nauczyło. Przede wszystkim cierpliwości, bo całkowicie sama zdobywałam umiejętności oswajania wordpressa. To, co widzicie na stronie robiłam własnymi rękoma, często zarywając noce dla osiągnięcia zamierzonego efektu. Pewnie niedługo znów coś zmodyfikuję, bo już tak mam, że nie lubię stagnacji.

Dlatego… niedługo zniknę. Tak, dobrze czytacie – nie będzie mnie przez pewien czas. Ale spokojnie – wrócę. Potrzebuję po prostu na chwilę odciąć się od codzienności, przejść w tryb offline, by na nowo odzyskać siebie. Jestem tylko człowiekiem, który od czasami musi zrobić sobie restart i oczyścić myślową przestrzeń. Nie zostawię Was jednak z pustką na blogu. O nie! Obiecuję – będziecie mieli co czytać. A jak wrócę z przyjemnością odpowiem i zareaguję na wszystko co się będzie działo podczas mojej nieobecność. Jesteście dla mnie ważni i chciałabym, żebyście o tym wiedzieli.

P.S. Zdradzę Wam w sekrecie, że w czerwcu ruszamy z nowym projektem i co tu dużo mówić – bez Was nie damy rady. Mam nadzieję, że będziecie z nami, tak jak jesteście teraz.

Tekst: Luiza