POCZĄTEK PRAGNIEŃ

Trzasnęła drzwiami, pragnąc zostawić za ich progiem wszystko przed czym tak bardzo chciała uciec. Już od dłuższego czasu im się nie układało. Kłótnie były codziennością. O niepozmywane naczynia, brudne skarpetki chowane w każdym zakątku mieszkania, o czas spędzany przed komputerem, a nie ze sobą, o… Ech, długo by wymieniać. Szczęśliwe lata zamieniły się w rutynę. Boże, jakie to schematyczne.

Wiele związków ich znajomych rozpadło się, a każda z tych par przysięgała sobie dozgonną miłość przed Bogiem. Biała suknia z długim trenem, zachwyty przybyłych gości, drżący głos podczas składanych obietnic. Wszystko jak z katalogu: konfetti, toasty, konkursy i najcenniejsza nagroda – wygranie siebie. Lecz potem katalogowe życie zamieniało się raczej w gazetkę reklamową supermarketu. Niby wszystko pod ręką, ale mało wartościowe. Miłość z przeceny. Początek pragnień zamieniał się w ich koniec.

Oni nie poddali się temu nurtowi. Wierzyli, że ślub nie jest im do niczego potrzebny. Że nie mając mieniącej się obrączki na palcu – tym bardziej będą się o siebie starać. I tak było na początku. Imprezy, podróże, fitness, siłownia, kosmetyczka, szafa wypełniona elegancją. Nawet ich piżamy były seksowne, by ciągle wzbudzać w sobie pożądanie, a ich jęki – zazdrość sąsiadów.

Byli młodzi, ambitni. Nic dziwnego, że ciągle od życia chcieli więcej. Więcej przygód, więcej pieniędzy, większego mieszkania. Ale im tego wszystkiego było więcej, tym mniej było ich. Razem, wspólnie, nierozłącznie. Namiętne wieczory przerodziły się w wieczory zapełnione wykonywaniem kolejnych zleceń. Ania była grafikiem, a Sławek architektem. Dwoje freelancerów i zero etatów. Układ prawie idealny. Prawie… Bo coraz częściej Anna przyłapywała się na myślach, że wolałby pójść na etat i mieć dwa osobne życia: zawodowe i prywatne. Osiem godzin i potem wolność. A tak, czuła się jak w złotej klatce. Niby wolna, a jednak uwięziona. Cieszyła się, że pomimo tak dużej konkurencji na rynku była zauważalna i wciąż napływały do niej nowe zapytania o różnorodne projekty graficzne, lecz nie raz miała ochotę pieprznąć komputer i wyjść dokąd oczy ją poniosą. Ze Sławkiem. Lecz to było niemożliwe, bo jej ukochany też właśnie zajmował się realizacją architektonicznej wizji nowego apartamentowca.

Ukochany… Czy jednak na pewno? Czy to jeszcze była miłość czy po prostu przyzwyczajenie? Miała wrażenie, że jedyne co ich trzyma jeszcze ze sobą to wspólny kredyt na wymarzone M3. Salon, sypialnia i gabinet, który kiedyś planowali zmienić na pokój dziecka. Ale na dziecko też nie starczyło czasu, a im bliżej było do czterdziestki, to tym bardziej posiadanie dziedzica ich urody i inteligencji oddalało się od nich, tak jak wzajemne uczucie.

Może kiedyś adoptujemy – za każdym razem w ten sposób Sławek uciekał od tematu.

Kiedyś. Może. Nigdy – myślała Anna.

Nic na zawsze

Sławek uwielbiał, gdy jego projekt przeradzał się ze szkicu na papierze w coś realnego. To był ten moment, kiedy jego oczy iskrzyły się od szczęścia i dumy. Dawniej tak patrzył na Annę. Była jego zdobyczą i trofeum. Wielu starało się o jej atencję, lecz to on był zwycięzcą. Nawet zdarzało mu się rozważać czy jednak nie sformalizować związku, ale zawsze dochodził do wniosku, że panujący układ bardziej mu pasuje. Zresztą bał się wszelkich przyrzeczeń „na zawsze”, dlatego unikał obiecywania czegokolwiek, aby nikt mu nie mógł czegoś zarzucić. Mieli siebie, mieli karierę – czego chcieć więcej?

Czy był wierny Annie? Był, choć nie raz w stanie upojenia alkoholowego podczas wyjścia z kolegami jeszcze ze studiów, zdarzało mu się flirtować z jakąś babeczką w pubie. Ale to były przecież tylko niewinne flirty okraszone czasem przesunięciem dłoni po wypinających się pośladkach lub krótkim pocałunkiem. Nic wielkiego, ale te rzekome błahostki pozwalały od czasu do czasu poczuć się atrakcyjnym mężczyzną, który jakby chciał, to bez problemu znalazłby sobie przygodę na noc. Nigdy tego nie zrobił, ale niejednokrotnie fantazjowanie o takiej historii towarzyszyło mu w czasie porannej masturbacji pod prysznicem. Rzadko kochał się z Anną, ale w końcu pewne potrzeby muszą zostać zaspokojone. Przyłapywał się na tym, że coraz częściej robi sobie dobrze. Czy myślał wtedy o Ani? Niekoniecznie.

Ochota na chwilę zapomnienia

W sobotni wieczór byli zaproszeni na huczne przyjęcie z okazji otwarcia apartamentowca. Anna nie miała ochoty tam iść, ale wiedziała, że to ważne wydarzenie dla Sławka, więc nie miała wyboru – musiała się tam pokazać. Dla niego. Dla niego też nałożyła opinającą czerwoną sukienkę, zakręciła loki, a usta podkreśliła matową szminką w kolorze wytrawnego wina.

No kochanie, wyglądasz bosko. Chyba muszę postarać się o więcej zleceń i więcej przyjęć wydawanych na rzecz świętowania ich realizacji – zachwycał się Sławek.

Wystarczy jak sami częściej będziemy wychodzić. Z przyjemnością będę się dla ciebie stroić – odpowiedziała kokieteryjnie.

Zajechali pod budynek. Niebieskie oświetlenie podkreślało jego nowoczesność. Okna od podłogi do sufitu, przezroczyste balkony ze srebrnymi wstawkami.

Szklane domy. Akwaria próżności. Życie na pokaz – takie myśli przemknęły Annie przez głowę.

Wzięła głęboki oddech, wyprostowała ramiona i stanowczym krokiem weszła do środka. Wiedziała, że teraz będzie oceniana niczym ekspozycja na wystawie.

Czas zacząć przedstawienie.

Znała już swoją rolę i że będzie teraz wizytówką męża. Co to oznaczało? Wolne sączenie szampana z kieliszka, śmianie się z mało zabawnych żartów i udział w jakże elokwentnych i „inteligenckich” rozmowach. Nie cierpiała tego. Za to Sławek brylował między gośćmi niczym celebryta na czerwonym dywanie. Od czasu do czasu puszczał do Anny łobuzerskie oczko, akcentując jej przynależność do siebie. Anna za to odwdzięczała się promiennym uśmiechem w stylu „patrzcie jak nam dobrze razem”.

W pewnej chwili stracili siebie z oczu. Sławek dogadywał następne kontrakty, a ona myślała, jakby tu uciec.

– Jejku, jak tu gorąco. Chodźmy Skarbie się gdzieś przewietrzyć.

– Znam pewne idealne miejsce. Chodź.

Strzępki rozmowy dotarły do uszu Anny. Odwróciła się i zobaczyła zakochaną parę. Ona w złocistej sukience z wyeksponowanym dekoltem, on – w czarnym garniturze i wzorzystą koszulą we włoskim stylu. Z nierozumianych powodów, nie mogła oderwać od nich wzroku. Mieli w sobie jakiś dziki magnetyzm. Nagle ich spojrzenia spotkały się, a Anna zarumieniła się niczym nastolatka na widok swojego kolonijnego obiektu westchnień.

A może pani zechciałaby do nas dołączyć? Tu jest tak parno, że moja sukienka stała się już drugą skórą – zaczepnie zapytała nieznana kobieta.

Bardzo chętnie. Sama właśnie myślałam, jakby stąd na sekundę zniknąć – powiedziała Anna.

Zatem drogie panie – zapraszam za mną. Jako współwłaściciel tego budynku tym bardziej wiem, gdzie nikt nas nie znajdzie.

Schodami ewakuacyjnymi dotarli na taras na dachu.

– Jejku, jak tu pięknie – wręcz pisnęła z zachwytu Anna.

Surowy kolor betonu przełamany był soczystą zielenią z kwiatów i krzewów zasadzonych w doniczkach. Zasadzona trawa kusiła do zdjęcia uciskających szpilek i uwolnienia swojego ciała od całej tej sztuczności skumulowanej na przyjęciu odbywającym się na parterze.

– Kochanie, tym razem przeszliście samych siebie. Nasza towarzyszka ma rację – tu jest pięknie!

– Anna jestem.

– Miło mi – Zofia. A to mój mąż Edward.

­ – Edwardzie, to jest prywatny taras? Nie naruszamy czyjejś własności? – spytała Anna.

Nie, teraz w modzie jest budowanie w stylu skandynawskim, czyli że część budynku jest wspólna. Wiesz, żeby sąsiedzi mieli gdzie się integrować – wytłumaczył mężczyzna. Co będziemy tak stali, usiądźmy – i wskazał na rozłożone, turkusowe leżaki. Mam coś jeszcze na uprzyjemnienie naszej wycieczki – powiedział wyciągając z wewnętrznej kieszeni marynarki butelkę wina.

– Ty to zawsze coś wymyślisz! – chichotała Zofia.

– Musicie mi tylko wybaczyć jedno niedopatrzenie – zapomniałem kieliszków.

Nie przejmuj się, damy radę – powiedziała Anna czując się coraz swobodniej w ich towarzystwie.

I tak oto leżeli sobie na leżakach, patrząc na gwieździste niebo i popijając z butelki winny napój. Anna opowiadała im o swojej pracy, a oni o niedawno przeżytej podróży do Indii. Fascynowali ją i z zazdrością obserwowała ich wzajemną relację. Kochali się. To było od razu widać.

Wyczuli jej spojrzenia na sobie.

– Co tak siedzisz daleko? Chodź tu między nas, będzie przytulniej – zaproponowała Zofia.

Nie protestowała. Czuła elektryzującą energię, napięcie, które znała z początków znajomości ze Sławkiem. Ta niepewność, oczekiwanie i eksplozja zmysłów. Położyła się między nami i miała wrażenie, że ich leżaki stopiły się w jedno łoże.

Zofia zaczęła delikatnie wodzić dłonią po jej szyi. Opuszkami palców drażniła linię włosów, wywołując dreszcze podniecenia na ciele Anny.

Czy masz ochotę na chwilę zapomnienia z nami? – szepnęła jej do ucha.

Tak…

Edward, słysząc wypowiedziane przyzwolenie, podszedł do jej nóg i rozchylając je lekko, rozpoczął powoli osuwającą się lawinę pocałunków. Drażniąc językiem wewnętrzną stronę ud, podchodził coraz wyżej i wyżej, lecz jego wędrówka raptownie została przerwana przez Zofię.

– Dziś ja mam na to ochotę. Odsunęła męża, nakazując gestem, aby zajął się piersiami Anny. Sama zaś nie czekając długo, zdjęła koronkowe figi kochanki i od razu zanurzyła się językiem w jej sokach.

Anna zadrżała. Po raz pierwszy całowała ją tam kobieta. Odruchowo chciała przerwać tę nieznaną zabawę, ale delikatny i miękki języczek pieścił ją tak, jak jeszcze żaden mężczyzna wcześniej tego nie robił. Powoli, leciutko zasycając, zagłębiając się w każdy zakamarek. Czuła jak zalewa ją fala wilgoci. Słyszała jak była mokra, gdy język Zofii chłeptał ją niczym kot mleko. Rozkosz zamykała jej oczy, ale nagle usłyszała…

Pieść mnie.

Otworzyła powieki. Edward nachylił się nad nią, dając do ust napęczniałego od pożądania członka. Chwyciła go łapczywie i zaczęła ssać, tak jak ssała ją jego żona. Delikatnie i drapieżnie zarazem. Zmieniała tempo i natężenie pieszczot. Bawiła się i jednocześnie sama była zabawką. Zofia nie przestawała lizania. Widok jej męża w ustach innej podkręcał ją do granic możliwości. Widząc, że Anna pieści go, tak jak ona ją pieści, stawała się reżyserem sensualnego spektaklu. Przyspieszyła i zwalniała, przyspieszała i zwalniała.

Edward wysunął się z ust Anny.

Muszę przerwać, bo inaczej nie wytrzymam.

Seksualny mechanizm

Podszedł do żony i bez żadnego pytania wszedł w nią. Nie ruszając się, szepnął – Twoje ciepło zawsze mnie uspokaja. Trwało to kilka sekund, kiedy jego lędźwie zaczęły wypełniać wielkością wnętrze ukochanej. Pieprzył ją rytmicznie, udowadniając, że to on jest jednak tutaj panem i władcą.

A Anna podziwiała ich połączenie i zespolenie cielesności. Jęki Zofii doprowadzały ją do szaleństwa, więc poprowadziła swoją dłoń do łechtaczki i naciskając ją punktowo, rozpoczęła eskapadę ku orgazmowi. Patrzyły sobie przy tym w oczy. Nie musiały nic mówić. Obie wiedziały, że pragną tego samego.

Niespodziewanie Zofia przerwała hedonistyczną penetrację i skinieniem głowy podpowiedziała mężowi, że ma zanurzyć się w Annie. Niczym sterowana marionetka, Edward odwrócił kochankę na brzuch i wszedł w nią od tyłu. Był głodny jej wilgoci, a ona spragniona jego męskości. Zwierzęcy seks, pierwotne instynkty. Ona chciała się oddać, a on ją brał.

Jednak Zofia nie miała ochoty być jedynie widzem. Odchylając głowę Anny, wsunęła się pod jej język.

– Mój mąż ciebie pierdoli, a ty mnie doprowadzisz do orgazmu.

Chwytając za włosy, Zofia przycisnęła jej twarz do waginy.

– Liż mnie. Liż mnie. Liż mnie!

Boże co się dzieje? Pieprzę się z obcym facetem, liżę cipkę obcej kobiety. To chore. Nie, to jest boskie. Oddaj się temu. Jest ci dobrze, prawda? Prawda??? Tak, jest mi dobrze. Jest mi cudownie. Czuję, jak zaraz dojdę – Anna toczyła w myślach wewnętrzną walkę.

Edward pieprząc Annę, spoglądał na swoją żonę. Jak jej uda napinają się w orgazmicznym uścisku. Uwielbiali takie spontaniczne akcje, kiedy niczego nie planując mogli oddać się całkowitemu szaleństwu.

Trójka ciał powiązana w jedno. Seksualny mechanizm niczym trybiki w zegarku. Z tą różnicą, że oni nie odmierzali czasu, tylko starali się go zatrzymać.

Jego penis twardniał z każdym pchnięciem. Pochwa Zofii robiła się wilgotniejsza z każdym ruchem języka. A pośrodku ona.

­Skończ w niej – usłyszała rozkaz Zofii.

To ją nakręciło jeszcze bardziej. Nieznany facet spuści się w niej. To głupie, ryzykowne. Ona to wszystko wie, ale im bardziej jest to zakazane, tym bardziej Anna tego pragnęła. Jej ciało niczym narzędzie rozkoszy.

Wyginając się mocniej, dała sygnał Edwardowi, że chce tego samego co on, że jest gotowa na jego wystrzał. Mężczyzna niczym sprinter przed metą wystartował z podwójną mocą. On i dwie kobiety. Pożądał ich zaspokojenia i oczekiwał spełnienia dla siebie. Nie musiał siebie kontrolować, mógł pójść na całość. Przycisnął Annę do siebie i głębokimi ruchami skończył w niej, widząc zarazem jak obie kobiety doszły razem z nim. Strużka spermy zaczęła wypływać z Anny, a on nie mógł napatrzeć się na ten widok.

Anna nie miała sił już na nic. Bezwładnie położyła się na tarasowym siedzisku, pozwalając letniemu powietrzu otulić jej ciało.

Dziękujemy ci za niezapominany wieczór – powiedziała Zofia, całując ją czule w czoło.

– Idziecie już?

– Niestety musimy, bo już ścigają nas nieodebrane połączenia – rzekł Edward.

– Ja tu jeszcze chwilkę zostanę – odparła Anna.

– Zatem do zobaczenia!

I odeszli. A ona została sama. Czy żałowała tego co zrobiła? Nie, wręcz przeciwnie. Dało jej to jednak do myślenia, że pora zmienić coś w swoim życiu. Zakładając sukienkę uświadomiła sobie, że utknęła w martwym punkcie. Niby z perspektywami, a jednak bez perspektyw. Czy Sławek był jej potrzebny do szczęścia? Nawet jej nie szukał. A ona właśnie przeżyła przygodę życia i to bez niego. I czuła, że to dopiero początek rodzących się w niej pragnień…

Tekst: Luiza

Spragnieni innych opowiadań? To przeczytajcie: http://swingwithme.pl/przyjemnosci-nigdy-nie-odmawiam/

Fot.: http://naked-in-the-rain.deviantart.com/art/Burning-Desire-415333146