Przejście ze świata wirtualnego do rzeczywistego wcale nie jest łatwe. Sieć daje anonimowość, zaś anonimowość – poczucie bezpieczeństwa. Będąc online prościej ukierunkowywać tok rozmowy. Natomiast, gdy coś przestaje nam pasować wystarczy wyłączyć przeglądarkę, bądź bardziej drastycznie – zablokować rozmówcę, z którymi nie mamy ochoty więcej korespondować. Ale, gdy na horyzoncie pojawiają się ludzie nadający na podobnych falach co my, wówczas mamy ochotę przekroczyć niewidoczną granicę i przekonać się czy osobowość kreowana w Internecie będzie współgrała z osobowością spotkaną na żywo.

Mamy za sobą już wiele spotkań zapoznawczych, lecz to wcale nie jest tak, że umawiając się z kimś „na randkę” nie towarzyszą nam żadne emocje. Nigdy tak nie było i znając nas – raczej nigdy tak nie będzie. Zawsze będzie ta niepewność połączona z ekscytacją.

Jacy oni będą? Czy oni spodobają się nam, a my im? Czy znajdziemy wspólne tematy, a może rozmowa nie będzie się kleić? Czy będziemy chcieli kontynuować znajomość czy raczej będzie to pierwsze i ostatnie spotkanie?

Mamy trudniej

Chociaż nie uwierzycie, to tak naprawdę to my mamy utrudnione zadanie. Dlaczego? Bo jeżeli ktoś czyta naszego bloga, to z wpisów na stronie oraz naszym Facebooku dowie się o nas wielu rzeczy. Co lubimy, co nas kręci, a czego staramy się unikać, bądź co jawnie krytykujemy. To jest wiedza, której my nie mamy wybierając się na zapoznawczego drinka. Podobnie nasz profil na Zbiorniku nie zakłamuje rzeczywistości tylko pokazuje nas od fizycznej strony takimi jesteśmy. Bez odejmowania kilogramów, bez „pompowania” mięśni, bez retuszowania niedoskonałości, które przecież każdy z nas posiada. Zatem wstępne wyobrażenie na nasz temat można już sobie ukształtować (swoją drogą intrygujące jest postrzeganie przez osoby, które miały okazję poznać nas w realu – czy w jakiś sposób sprostaliśmy ich oczekiwaniom czy wręcz przeciwnie – zawiedliśmy je. Ale to chyba będzie temat na osobny wpis, bowiem wbrew pozorom – w nas także kryje się wiele obaw).

Każdy początek jest trudny

Nie ma jednak co ukrywać, iż najwięcej lęków pojawia się na początku „randkowania”. Otóż nagle wirtualne avatary materializują się. Mają imiona, mają swoje historie, pasje i doświadczenia. Nie można kliknąć zdjęcia celem powiększenia, bo bardziej powiększyć się nie da niż do rzeczywistych rozmiarów. Te nowe doznania wywołują w głowie lawinę myśli i stanowią wyzwanie do oswojenia się z nieznanymi uczuciami. Przecież będąc w związku, nikt poza ukochaną osobą się nie liczy, aż tu niespodziewanie za przyzwoleniem partnera/partnerki możesz przyznać sam przed sobą, iż ktoś inny także może ci się podobać. Ba, możesz kogoś pożądać. I wtedy niczym łopatą w łeb, przywala ciebie kac moralny. Bo przecież jak tak można? Kochać kogoś, a jednocześnie czuć wręcz zwierzęcą pożądliwość wobec człowieka, z którym spędziło się zaledwie kilka godzin?

Od nowa i na nowo

Śpieszę z uspokojeniem – można. Z czasem nauczysz się oddzielać przypływ namiętności od miłości. Zauważysz, że są to osobne emocje, które choć mają wspólny mianownik w postaci wspólnego dzielenia chwil, nie zaważą na twojej relacji wypracowanej latami.

Pamiętam swoją pierwszą wizytę w klubie swingerskim. Choć sama wówczas nie odnalazłam w sobie odwagi do zabawy, to następnego dnia miałam jakieś durne wyrzuty sumienia.

Gdzie my byliśmy? Co my zrobiliśmy? Dlaczego na to pozwoliliśmy? I jak to teraz będzie między nami (wówczas Eryk po raz pierwszy posmakował innej kobiety)? Czy przez to czegoś nie straciliśmy? Czy chcemy brnąć w to dalej?

Mogłabym tak długo wymieniać, ale doprawdy potrzebowałam kilku dni na ułożenie kawałków puzzli, tak bardzo do siebie początkowo nie pasujących. I nałogowo wręcz byłam spragniona bliskości Eryka. Jego zapewnień, że to mnie kocha, że jest mu ze mną dobrze, że nie jestem gorsza, itd. Z kolei, kiedy on mnie ujrzał z innym mężczyzną, to skończyło się na tym, że przez tydzień kochaliśmy się szaleni i… kupiliśmy nowe mieszkanie. Serio 😉 Zupełnie jakby świeże cztery ściany miały być zwiastunem wyższego poziomu świadomości bycia razem.

Umiejętna nieumiejętność

Wiem, pokrzywione to jest mocno, ale gdy teraz ktoś mi zadaje pytanie czy było warto, odpowiadam – było. Najtrudniejszym jednak jest nazwanie tych innowacyjnych dla naszego umysłu i serca emocji, a następnie szczera rozmowa z partnerem.

Ja choć jestem wygadana, to o uczuciach za bardzo mówić nie potrafię. Zazwyczaj zaczynam zdanie, kończąc je urwanym to nieważne. Ale nie chcąc zostawiać męża z dziwnymi domysłami, opisuję mu co mi w duszy gra…

… i tak właśnie powstał nasz blog – z mojej nieumiejętności werbalnego wyrażania odczuć. No cóż, może geneza nie jest zbyt wyszukana, ale za to prawdziwa.

I ty też postaw na prawdę. Zarówno względem siebie, jak i wobec osoby, z którą chcesz rozpocząć nowy etap związku w rytmie swingu.

Tekst: Luiza

PRZECZYTAJ: http://swingwithme.pl/nie-wiem-czy-swing-jest-dla-mnie/