RÓŻA, PIŻMO I WANILIA. HISTORIA AURELII.

http://saperlipop.deviantart.com/art/Woman-with-Roses-256031358

http://saperlipop.deviantart.com/art/Woman-with-Roses-256031358

Lepiej być samą, niż z byle kim – powiadała jej babcia. Palantów na tym świecie nie brakuje, więc lepiej poczekaj na kogoś, kto naprawdę będzie wart twoich uczuć. Nie inwestuj swojego czasu i uczuć, w coś, co nie przyniesie Ci zysku. Tak, kochana. Miłość jest jak giełda. Albo tracisz albo się bogacisz.

Bilans miłosnych doświadczeń jej babki Aurelii wielu określiłoby jako stratę. Stratę młodzieńczych lat, bo kiedyś kochała aż do bólu. Włodzimierz miał na imię. Przystojny, muskularny, a wiejskie panny nie dawały mu spokoju. Chodziły za nim jak pisklęta, a on droczył się z nimi i stroił sobie z nich żarty. Ale nic więcej. Za dużo miał na głowie, aby wówczas myśleć o miłostkach. Obydwoje jego rodzice byli schorowani, a on musiał dbać o całe gospodarstwo. Duży ciężar dźwigał na swoich barkach, ale nigdy nie narzekał z tego powodu. Po prostu przyjął los, takim jakim był i robił swoje.

Aurelia zaś była panną z dobrego domu. Nienaganne maniery, solidne wykształcenie. Obydwoje jej rodzice byli nauczycielami. Tata był biologiem, zaś mama polonistką. Poznali się na studiach i jeszcze jako studenci wzięli skromny ślub. Choć ich życie również nie było usłane różami, to dzięki łączącej ich miłości, znajdowali w sobie siłę i spokój na pokonanie wszelkich trudności.

Aż do dnia, w którym ojciec nie wrócił z pracy. Codziennie o godzinie siedemnastej jedli wspólny posiłek. To była ich tradycja. Aurelia zawsze z wytęsknieniem czekała, kiedy mogła rzucić się ojcu na szyję w geście przywitania. I wówczas też czekała…

Wieczorem jej matka wyszła na miasto szukać swojego męża. Szkoła, w której pracował już dawno była zamknięta, lecz znała trasę jaką zawsze jej ukochany wracał do domu. Wypytywała przechodniów czy ktoś może go nie widział, ale nikt nie mógł jej pomóc. Zobaczyła jednak ogromne zamieszanie w jednej z piwiarni. Przed wejściem gromadził się tłum gapiów, przepychający siebie nawzajem. I wtedy już wiedziała, że stało się coś złego. Na drżących nogach podeszła do wejścia i przepychając się przez zgromadzonych ludzi – wkrótce go ujrzała. Leżał na podłodze cały zakrwawiony. Poobijana twarz i zastygła już plama krwi pod jego ciałem. Spojrzenie, które jeszcze rano było pełne życia, teraz było puste i nieruchome.

Od pracującego tam barmana dowiedziała się, co się wydarzyło. Jej mąż zawsze stawał w obronie słabszych, chociaż sam był dość wątłej budowy. Ale jego mizerna sylwetka, kryła w sobie wielkiego ducha. I właśnie tego feralnego popołudnia, idąc do domu, jej mąż był świadkiem, jak dwóch typów spod ciemnej gwiazdy, zaczęło napastować młodą dziewczynę. Nie myśląc wiele, udał się jej na ratunek. W podziękowaniu dostał nożem prosto w serce, tak aby jego serce już nigdy więcej nie zabiło.

Od tamtej pory, matka Aurelii całkowicie zamknęła się w sobie. Postanowiła wyjechać z przeklętego miasta i dla dobra córki wyjechać na wieś, by rozpocząć wszystko od nowa. Przyjęła posadę nauczycielki od polskiego w wiejskiej szkole, sama zaś dokładała wszelkich starań, aby jak najlepiej wypełnić córce pustkę po stracie ojca. Dlatego godzinami kształciła ją dodatkowo, wszystko po to, aby jej dorastająca pociecha, była jak najdoskonalej przygotowana do rozpoczęcia życia gdzieś indziej, być może nawet w innym kraju.

Przez troskę i nadopiekuńczość matki, Aurelia nie mogła się odnaleźć w gronie rówieśników. Uważana była za zarozumiałą i wyniosłą, choć podejmowała wiele prób zaprzyjaźnienia się z nimi. Postanowiła zatem odpuścić i zamknąć się w swym wewnętrznym świecie… Do dnia, w którym ujrzała Włodzimierza. Przez jej ciało przebiegło nieznane mrowienie. Za każdym razem jak go widziała, nawet gdzieś w oddali, na jej skórze pojawiała się gęsia skórka. Uciekła przed nim, jednocześnie pragnąc być przy nim jak najbliżej. Nocami wzdychała do niego, a w snach pragnęła jego dłoni wędrujących po jej dziewiczym ciele.

A Włodzimierz? Widział ją może kilka razy, ale pochłonięty utrzymaniem gospodarstwa, wolał skupić się na jakości zboża niż na jakości własnego życia miłosnego. Lecz pewnego dnia ich drogi połączyły się przypadkowo. Aurelia siedziała pod swoim ulubionym drzewem zgłębiając filozofię Kartezjusza, on zaś zdenerwowany coraz niższymi cenami skupu pszenicy, postanowił złapać nieco oddechu i dystansu podczas wieczornego spaceru.

Aurelia pochłonięta lekturą nawet nie zauważyła zbliżającego się obiektu jej atencji, Włodzimierz zaś od razu zaczepił swój wzrok na kobiecej postaci, której oczy zajęte były pochłanianiem kolejnych drukowanych zdań. Jej widok zafascynował go, a on sam bał się wykonać jakikolwiek ruch, by nie wyrwać Aurelii z zaczytania. I tak stał i patrzył na nią. Mijały sekundy, minuty. Aż wreszcie poczuła jego spojrzenie na sobie i nieśmiało podniosła głowę w jego stronę.

– Przepraszam, jeśli przeszkadzam, lecz nie chciałem odrywać pani od lektury. Ale już sobie idę.

– Nie, niech pan zostanie. Byłoby mi miło móc pana poznać – odrzekła Aurelia, onieśmielona sama swą odwagą.

Włodzimierz usiadł obok niej. Zapach jego spoconego ciała i zapach wiatru zatrzymany w jego jasnych włosach, był dla niej niczym afrodyzjak pieszczący zmysł węchu. Wiedziała, że powinna iść. Że to nie wypada pannie tak rozmawiać z mężczyzną, lecz żądza poznania jego była silniejsza. A on zaczął zwierzać się jej ze swych gospodarskich problemów, jakby znali się od wielu lat. Ona zaś słuchała go z nieskrywaną przyjemnością, poddając się jego głębokiemu i basowemu głosowi.

Słońce powoli zbliżało się do linii horyzontu, zmieniając swoją barwę z żółtej na czerwoną. Niebo iskrzyło się wieloma kolorami, a żaby szykowały się do wieczornej serenady.

– Chyba pora już na mnie – powiedziała nieśmiało Aurelia.

– Tak, masz rację. Ale pozwól, że ciebie odprowadzę.

Włodzimierz również nie ukrywał zawodu, że ich rozmowa musi dobiec końca. Nie pamiętał, kiedy ostatnio tak dobrze mu się z kimś rozmawiało. Zawsze tylko praca, praca i praca, a teraz miał szansę poznania osoby, której świat był zupełnie odmienny od jego.

Droga do domu Aurelii wiodła przez ścieżkę ukrytą między leśnym listowiem. I choć wieczór przykrywał niebo coraz ciemniejszym płótnem, ona w towarzystwie Włodzimierza czuła się bezpiecznie. Szli w milczeniu, zawiedzeni że tylko jeden zakręt dzieli ich od rozstania. Spojrzeli sobie w oczy, wyczytując w nich podobne uczucia. Wtem pomiędzy drzewami usłyszeli jakby czyjeś kroki i zamieszanie pomiędzy krzewami. Wycofali się powoli i stanęli nieruchomo, gdy przed nimi ukazało się stado dzików. Wiedzieli, że w takiej sytuacji najlepiej nie wykonywać żadnych ruchów, tylko stać nieruchomo i poczekać, aż stado się oddali. Załapali się za ręce by uspokoić swoje oddechy i odliczali sekundy w takt bicia serc. Dziki stanęły naprzeciwko nich, z zaciekawieniem obserwując ich reakcje. Widząc jednak, że obiekt ich obserwacji jest mało interesujący, udały się w dalszą wędrówkę.

A oni wciąż tak stali połączeni uściskiem dłoni. Aurelia oddychała szybko i płytko. Nie wiedziała czy bardziej wystraszyła się tych dzików, czy tego, że upragniony mężczyzna trzyma ją właśnie za rękę. Włodzimierz pragnąc ukoić jej nerwy przyciągnął ją między ramiona i przytulił do piersi. Poczuł, że od tego momentu, powinien się o nią troszczyć i opiekować. Wziął w dłonie jej drobną twarz i nieśmiało pocałował. Aurelia czuła jak nogi się pod nią uginają, jak jej ciało pragnie przylegać do jego ciała. Odwzajemniła pocałunek i zanurzyła dłoń w jego włosach. Dreszcz podniecenia postawił na baczność jej sutki i sprawił, że między udami poczuła nieznaną dotąd wilgoć. Włodzimierz, choć miał już w życiu kilka kobiet, nigdy nie poczuł takiego pożądania, jak właśnie teraz. Pragnął jej, lecz jednocześnie nie chciał skrzywdzić tej kruchej istoty. Bał się. Chyba po raz pierwszy w życiu się bał.

– Czy chcesz tego? Chcesz mnie? – wyszeptał nieśmiało pytanie do jej ucha.

Wiem, że mnie nie zranisz. Ufam tobie. – usłyszał w odpowiedzi.

Jego pocałunki zaczęły obsypywać dziewczęcą szyję i ramiona. Dłonie zagłębiły się pod zieloną sukienkę, gładząc wewnętrzną linię ud. Tuż obok nich znajdował się kawałek polany – mała łąka, na której jeszcze do niedawna stało kilka drzew, kończących swój żywot w pobliskim tartaku. Soczysta trawa zapraszała do odpoczynku na miękkim podłożu. Włodzimierz chwycił Aurelię za rękę i zdecydowanym ruchem położył na leśnym dywanie. Jego gesty stawały się coraz bardziej władcze i stanowcze. Rozpiął górne guziki skrywającej kobiece wdzięki sukienki i ujął w dłoń nie całowane nigdy dotąd młode piersi. Krążył językiem wokół ciemnych brodawek, sprawiając, że ciało jego kochanki wiło się z rozkoszy.

Aurelia pragnęła oddać mu się tu i teraz. Nie myśleć, nie zastanawiać się. Po prostu poddać się namiętności. Jęknęła, gdy jego palec zanurzył się w jej sokach, wodząc delikatnie po wargach i podszczypując rozkoszne wyniosłości.

Na pewno chcesz tego?

– Tak

Włodzimierz zdjął z siebie spodnie i jednym pchnięciem wtargnął do jej wnętrza. Aurelia krzyknęła z bólu, lecz wiedziała, że pierwszy raz musi boleć. Słyszała to od swojej matki i szkolnych koleżanek. Że potem będzie już tylko przyjemniej. Wytrzymała krótką falę cierpienia i skupiła się na nowych doznaniach. Wbiła paznokcie w plecy kochanka, rozluźniając się coraz bardziej z każdym ruchem. Załapała jego rytm i kołysząc biodrami sprawiała, że był w niej głębiej i głębiej. Czuła jak przyspiesza, jak jego oddech i serce galopują w ekstazie. Patrząc się jej w oczy, cichutko postękiwał, dając upust swoim emocjom. Silniejsze pchnięcia zapowiadały nadchodzące spełnienie. Chwycił ją za włosy i całując namiętnie w usta, wypełnij ją całą. Lepka ciecz powoli sączyła się z jej kobiecego kwiatu, a oni leżeli przytuleni i zmęczeni szczęściem.

Od dzisiaj będziemy razem. Zawsze razem. Ty będziesz moja, a ja będę twój.

– Będzie tak jak powiesz ukochany. Tam gdzie ty, tam i ja.

Ale bajka nie trwała długo. Wkrótce do kraju dotarły wieści o nadchodzącej wojnie i pełnej mobilizacji. Kto był silny i mógł walczyć, ten został wciągnięty do wojska. Włodzimierz również musiał spełnić ten obywatelski obowiązek. Aurelia opowiadając po raz pierwszy Laurze historię swej miłości, rozpłakała się przywołując wspomnienie, jak Włodek obsypywał ją czule pocałunkami na pożegnanie. Jej łzy tonęły w jego szorstkich dłoniach. Dłoniach, które jednocześnie potrafiły ofiarować jej zarówno bezpieczeństwo, jak i nieziemską rozkosz.

Nie odprowadzaj mnie na dworzec. Nie chcę widzieć ciebie zapłakanej wśród tłumu innych płaczących kobiet. Zaopiekuj się moimi rodzicami. Oni teraz będą ciebie bardzo potrzebowali. Wrócę za kilka miesięcy, a wtedy weźmiemy ślub i zamieszkamy w moim gospodarstwie. Co wieczór będziemy podziwiać zachody słońca, a rankiem spełniać się w naszej miłości. Nie płacz. Wrócę. Obiecuję.

Aurelia tak bardzo chciała wierzyć w jego słowa, lecz gdzieś tam pod skórą czuła, że to ich ostatnie spotkanie. Wcisnęła mu w kieszeń chusteczkę, którą w nocy wtulała w swoje ciało, aby bawełniany materiał przesiąkł jej zapachem. Zapachem tak uwielbianym przez niego.

Miej tą chusteczkę cały czas przy sobie, a wówczas będę z tobą w każdym, nawet najtrudniejszym momencie. Proszę zrób to dla mnie.

– Zrobię kochana, zrobię. A po moim powrocie oprawimy ją w ładne ramki i będzie nam przypominała, że nic nas nie pokona. Głowa do góry. Kochasz mnie?

– Kocham

– To bądź silna dla mnie.

Była silna, a przynajmniej starała się być. Dni mijały jej na opiece nad własną matką i przyszłymi teściami. Szybko musiała nauczyć się gospodarskich tajemnic, ale polubiła tę pracę, co samą ją zaskoczyło. I tak o to panienka z dobrego domu, dzień w dzień czyściła oborę z brudu i łajna oraz oporządzała zwierzęta. Ale wszelkie te trudy wynagradzały jej ich wdzięczne spojrzenia, za to, że jest i tak o nie dba. Odkąd poznała Włodka, lubiła czuć się potrzebna i mieć świadomość, że ktoś na nią czeka.

Sama też czekała. Każdego wieczora siadała na werandzie i z kubkiem gorącej herbaty w ręce oglądała zachód słońca. Wyobrażała sobie, że Włodek zaraz do niej przyjdzie i opowie jakąś zabawną historię. Zawsze miał w zanadrzu jakieś anegdotki, którymi rozbawiał ją codziennie.

Teraz siedziała w ciszy i wyczekiwaniu.

Niepewność trwała zaledwie miesiąc. Pewnego dnia usłyszała pukanie do drzwi.

Włodek? To ty? Wróciłeś?

Rzuciła się do drzwi, przerywając robienie obiadu i prawie wyrywając klamkę, wypadła na zewnątrz. Przed wejściem stało dwóch mężczyzn ubranych w wojskowe mundury. Z opuszczonym wzrokiem wręczyli jej pognieciony świstek papieru. Telegram. Nie musiała go czytać, wiedziała jaką informację w sobie kryje.

– I to wszystko? Nawet nie macie mi nic do powiedzenia? Nawet głupiego „przykro nam”? Tacy jesteście odważni? Sami wysyłacie innych na śmierć, a pewnie nawet z karabinu strzelać nie umiecie. Jesteście tchórzami! Zwykłymi tchórzami!

– Przykro nam proszę Pani. Nic więcej zrobić nie możemy.

I odeszli. Zaś Aurelia nie wiedziała czy ma płakać czy czuć ulgę, że skończyło się to wyniszczające oczekiwanie. Ale wiedziała za to coś innego, że już nikt nie otworzy swojego serca dla kogoś innego. Wolała być sama niż znowu kogoś stracić.

I tego uczyła Laury.

Kochając kogoś, tracisz siebie. Kochając kogoś, oddajesz mu swoje życie. Kochając kogoś, wystawiasz się na ból. Zastanów się czy warto ryzykować. Baw się i szalej, ale nigdy nie kochaj. Bo jak pokochasz, to przepadniesz.

Aurelia w swoim życiu miała jeszcze wielu mężczyzn. Niektórych na jedną noc, innych na kilka miesięcy. Lecz, żadnej ze znajomości nie nazwała już nigdy więcej miłością, lecz określała ją mianem przyjaźni z bonusem. Stała się czarną owcą rodziny, która nie akceptowała jej wyzwolenia i swobody. Laura zaś ją ubóstwiała, zwłaszcza jak wkraczała w etap dojrzewania, babcia była dla niej skarbnicą wiedzy na temat seksu, bo tylko z nią mogła szczerze porozmawiać na nastoletnie problemy. Opowiadać o młodzieńczych fascynacjach, pierwszych pocałunkach, pieszczotach… O swoim pierwszym razie również wolała porozmawiać z babką niż z nieco konserwatywną matką. Zresztą to właśnie numer telefonu do babci miała zapisany jako najważniejszy w swoim smartfonie.

***

Przekręciła klucz do mieszkania. Wreszcie dotarła, wreszcie była u siebie. Jeszcze w korytarzu zdjęła przemoknięte ubrania i udała się prosto pod prysznic. Gorący strumień wody wręcz parzył jej skórę, zostawiając czerwone ślady, jak ręce na ciele po uderzeniu. Ale jej umysł zamiast przejść w stan relaksu, kotłował w sobie tysiące myśli.

Jak ja ją poznałam? Jak to się stało, że znalazłam się w jej mieszkaniu? I co mi strzeliło do głowy, aby to zrobić?

Nawet nie opłukała się do końca. Niedbale owinęła ręcznik wokół piersi i mokra wyszła z łazienki. Wyciągnęła z torebki telefon i odruchowo wybrała kombinację przycisków kierujących ją do głosu, który zawsze ją uspokajał.

– Co tam wnusiu? O czym teraz mi opowiesz?

– Babciu, muszę do ciebie przyjść. Teraz, natychmiast. Zrobiłam straszną głupotę. Ja… Ja chyba nie jestem normalna. Muszę z kimś o tym porozmawiać.

– Dobrze. Wstawiam wodę na herbatę i czekam na ciebie.

– Będę za piętnaście minut.

Tekst: Luiza

Close