SWINGERSI W IRLANDII. CZĘŚĆ I

Znacie nas i wiecie, że niesie nas w świat jak diabli. Zwiedzać, smakować i doświadczać, czyli to co tygryski lubią najbardziej. Skuszeni tanimi połączeniami lotniczymi postanowiliśmy ostatnio przekonać się, jak się bawią swingersi w Irlandii. I wiecie co? Okazuje się, że w Polsce swingerski świat jest znacznie lepiej rozwinięty.

Erotyczna pustynia

Irlandia przyciąga do siebie niezapomnianymi widokami fal rozbijających się o klify, zapachem soczystej trawy i wieloma przepysznymi gatunkami piw. O tak, wieczory w irlandzkich pubach są niepowtarzalne. Muzyka na żywo, tańce i śpiewy. Słowem – aż chce się żyć, tylko bez wątpienia wątroba wówczas musi pracować na przyspieszonych obrotach. Lecz, jeżeli chodzi o seksualne doznania w Irlandii to… erotyczna pustynia. Naprawdę.

W naszym kraju jest kilka portali dla swingersów, z czego najbardziej popularne do Zbiornik oraz Erodate. Z kolei na Zielonej Wyspie funkcjonuje tylko jedna główna strona, która łączy swingersów przede wszystkim z Wielkiej Brytanii, a Irlandia jest jakby na doczepkę. Strona ta nazywa się Fab Swingers i jak na nią wejdziecie, to przekonacie się, że walory estetyczne nie reprezentują najwyższego poziomu, tak samo jej funkcjonalność pozostawia wiele do życzenia. Sami jeszcze dotarliśmy do innego internetowego miejsca Swing4ireland.com, ale żadna z par, z którą rozmawialiśmy z niej nie korzystała, więc nie posiadamy na jej temat informacji z pierwszej ręki :/

Skoro jesteśmy przy estetyce… No cóż, uroda oczywiście rzecz względna, a o gustach podobno się nie dyskutuje, ale poznaliście już nasz cięty język i bezpośredniość, więc napiszemy od razu, że irlandzcy swingersi do zbyt atrakcyjnych osobników nie należą. W większości przypadków są szersi niż wyższy, a panie reprezentują bardzo męski typ urody. Jedynymi atrakcyjnymi swingersami w Irlandii są… Polacy. I fakt ten chyba nikogo nie zdziwi 🙂

Jeden lokal

Na całej wyspie jest tylko jeden lokal i to na dodatek w Limerick, czyli mieście uchodzącym za najbardziej niebezpieczne. Mieście, gdzie na porządku dziennym jest dostanie przysłowiowej kosy w żebra. Zatem jakżeby mogło nas tam zabraknąć. Przecież my zawsze pojawiamy się tam, gdzie być nas nie powinno. Różne lokalizacje już odwiedzaliśmy, ale lokal I-kandi umiejscowiony był naprawdę w dziwnym miejscu, pośród jakichś hal przemysłowych. Bez samochodu z pewnością byśmy tam nie dotarli, a pod samym wejściem jeszcze się wahaliśmy, czy aby na pewno chcemy tam zajrzeć. Oczywiście zajrzeliśmy.

Otworzył nam drzwi roześmiany, raczej niskiej postury mężczyzna, który od samego początku opowiadał nam jakie rzeczy się tu nie dzieją. Aha, zapomnieliśmy napisać jeszcze o ważnej rzeczy – żeby w ogóle wejść do lokalu musieliśmy wpierw drogą mailową podać namiary na nasze swingerskie konto w Polsce celem weryfikacji. Jakże właściciel lokalu był zdziwiony, że w katolickiej Polsce środowisko swingerskie tak prężnie się rozwija. A po naszych opowieściach dopiero szczękę musiał zbierać z podłogi.

Raz wystarczy

Jak prezentował się klub? Hmmm… Byliśmy raz i z pewnością nie odczuwamy chęci ponownego odwiedzenia tegoż przybytku. Czemu? Oto kilka przykładów. Po pierwsze – brudno i to jak diabli. Na dodatek w lokalu „dla efektu wow” zainstalowany był ultrafiolet, co sprawiło, że baliśmy usiąść się gdziekolwiek. Czasami błoga nieświadomość bywa jednak lepsza. Poza tym, chcąc wziąć prysznic trzeba było przedostać się przez wyjście ewakuacyjne do zimnego korytarza, obok którego znajdowały się prysznice. Wszystko sprawiało wrażenie, jakby dopiero się tworzyło.

Odświeżeni zaczęliśmy zwiedzać klub, który choć spory (bo w sumie trzy poziomy) raczej nie zachęcał nas do zabaw, zwłaszcza iż ten ultrafiolet był wszędzie. Na parterze znajdowała się sauna i te słynne prysznice. Na piętrze – bar wraz ze strefą do siedzenia, zaś na drugim piętrze – pokoje zabaw, czyli duże kanapy.

Postanowiliśmy, że usiądziemy sobie przy barze i poczekamy na rozwój sytuacji. A jej tempo rozwoju było tak zawrotne, że oprócz porozmawiania z właścicielem, jedną przybyłą parą i podstarzałym singlem – w klubie nie było nikogo. Ot, i koniec naszej historii związanej z miejscem I-kandi. Jako ciekawostkę jeszcze podamy iż klub ten jest czynny przeważnie do 1.00 w nocy, zaś w soboty dla jego elitarnych członków – do 2.30. Czyste szaleństwo, prawda? Ale ogólnie w Irlandii wszystkie kluby nocne mogą być otwarte maksymalnie do wpół do trzeciej. Potem jedynie zostają prywatne after party…

Już w czwartek druga część wpisu opisująca zabawy swingerskie na Zielonej Wyspie. Dowiecie się, dlaczego swingerski świat zszedł do podziemia i co trzeba zrobić, aby uczestniczyć w irlandzkim sex party. Obiecujemy – będzie ciekawie!

Tekst: Luiza i Eryk

Fot.: http://missbragasusadas.com/arte-felacion/