TEMPELOASE – RELACJA

Tempeloase – jeden z najsłynniejszych klubów swingerskich w okolicach Berlina. Wreszcie tam dotarliśmy i z przyjemnością podzielimy się z Wami naszymi wrażeniami. Zatem zróbcie sobie pyszną kawę bądź herbatę, bo na pewno zajmiemy Wam dłuższą chwilę, starając się opisać najlepiej jak potrafimy ów miejsce uciech.

Lokalizacja

Tempeloase znajduje się około 20 km na południe od centrum Berlina. Dotrzeć tam można albo prywatnym samochodem albo taksówką. My mieliśmy zarezerwowany hotel ok. 2 km od lokalu i zrobiliśmy sobie krótki spacer. Trzeba przyznać, że droga do niego była cholernie monotonna, bo tak właściwie szło się cały czas wzdłuż drogi, wpierw pośród lasu, a później przez pola. Za dnia to jeszcze nie było źle, ale nad ranem przydały się latarki w telefonach. Ale znacie nas – my wszędzie się odnajdziemy i żadne przeszkody nam niestraszne. Śmiejemy się tylko, że jak kiedyś na blogu nastanie niespodziewana cisza, to będzie znak, iż zaginęliśmy gdzieś w akcji i potrzebna będzie misja ratunkowa. Ale póki co, mamy się dobrze i cały czas mamy wielki apetyt na odwiedzanie nowych lokalizacji.

Droga donikąd 🙂

Celem łatwiejszego dotarcia do celu, przy bramie wjazdowej umieszczony jest podświetlany szyld z nazwą lokalu, który znajduje się w głębi podwórza. Wpierw minęliśmy jeden hotel, na który jednak się nie zdecydowaliśmy ze względu na bardzo skrajne opinie i fakt, że miał on bardziej charakter hostelu pracowniczego niż przyjemnego miejsca dla odpoczynku po zabawie. Zresztą przed wejściem do niego siedziała dość spora grupa naszych rodaków, którzy niestety ani zachowaniem, ani operowanym słownictwem nie była zbyt reprezentacyjną wizytówką dla Polski. Przykre to, ale prawdziwe. Dlatego szybko i bez słowa przemknęliśmy obok nich, nie reagując na zaczepki.

Obsługa

Na szczęście przed lokalem czekali bardzo sympatyczni ludzie z obsługi. Wpierw jeden mężczyzna opowiedział nam, gdzie mamy zapłacić za wstęp i się przebrać, a później drobna blondynka poczęstowała nas kieliszkiem Prosecco i zapytała się czy jesteśmy tu po raz pierwszy i czy chcemy, aby oprowadziła nas po lokalu. Oczywiście, że chcieliśmy, gdyż to jest najlepszy sposób na poznanie nowego miejsca i ukrytych zakamarków, bez zbędnego błądzenia. W żaden sposób nas to nie krępuje, wręcz przeciwnie – wtedy nabieramy pewności i możemy skupić się na obserwacji i łapaniu szczegółów.

Na nasz pierwszy raz w Tempeloase wybraliśmy imprezę dla par młodszych wiekem (ołje – jeszcze się zmieściliśmy w widełkach metryki mając nawet mile rokujący zapas) i żeby się na nią się dostać, wpierw trzeba było zgłosić chęć udziału poprzez niemiecki portal dla swingersów – Joyclub. Dopiero po potwierdzeniu przez organizatorów można było udać się na imprezę i faktycznie w recepcji było sprawdzane czy jesteśmy na liście gości. Ogólnie obsługa była naprawdę bardzo dobrana. Zarówno barmani, jak i dj uśmiechali się przez cały czas i zagadywali. Chociaż był jeden mały incydent, który nieco popsuł atmosferę, ale o tym za chwilę.

Wystrój

Tempeloase od samego początku zrobiło na nas dobre wrażenie, gdyż w środku było przytulnie i kameralnie. Wystrój w stylu egipskiej świątyni, ciepłe, przygaszone światła i dobra muzyka w tle. Zaraz po wyjściu z szatni wychodziło się na strefę barowo – dyskotekową. Bar w kształcie litery U sprawiał, że goście przy nim siedzący byli dla siebie widoczni, co sprzyjało pierwszej wymianie spojrzeń i dalszej integracji. Parkiet choć niewielki, to jednak wystarczający. Obok niego kilka kanap i telewizor wyświetlający filmy erotyczne (choć obydwoje z Erykiem zauważyliśmy, iż puszczane były dwa filmy, w kółko się powtarzające). Również na parterze, przechodząc przez wąski korytarz, wychodziło się na dość spory, wewnętrzny basen oraz suchą saunę. Obok oczywiście były prysznice i toaleta. Z urządzeń wellness do dyspozycji gości było także jacuzzi, ale… wodę trzeba było sobie wcześniej nalać samemu. Taka ciekawostka.

Zaraz za basenem przechodziło się do strefy zewnętrznej, w której znajdował się mały bar, miejsca do siedzenia, a także szersze kanapy i materace pozwalające na oddanie się cielesnemu szaleństwu, jeżeli tylko kogoś naszłaby ochota. To również była strefa dla palących, także złapanie świeżego powietrza było nieco utrudnione przez unoszący się dym ale możliwe.

Tak naprawdę, byliśmy przekonani, że Tempeloase oferuje dużo większą przestrzeń na zewnątrz. Tymczasem okazała się ona równie kameralna, jak pomieszczenia wewnątrz.

Na poziomie -1 było jedno wielkie owalne łóżko – idealne do zabaw w większym gronie, a także fotel „ginekologiczny” oraz osobny pokój z okienkami do podglądania, a w nim huśtawka, hiszpański krzyż i inne akcesoria do ostrzejszych zabaw. Na samej górze zaś były mniejsze pokoje wyścielone czarnymi materacami, zachęcające do swingowania w mniejszych układach.

Alkohol i catering

Z drugiej strony baru była wydzielona strefa cateringu i tu musimy szczerze powiedzieć, że było na bogato. Jedzenia było naprawdę dużo, na dodatek było bardzo smaczne i czytelnie opisane. Nawet były dania wegetariańskie i bezglutenowe, zatem można było się porządnie najeść. Ponadto, nie brakowało deserów, a każdy kto chciał, mógł także z automatu napić się kawy czy herbaty. Dodatkowo, z racji tego, że miejsca do konsumpcji nie rzucały się tak w oczy, to można było delektować się daniami w spokoju i bez skrępowania. To, co nam się spodobało, to lodówki na każdym piętrze z chłodnymi napojami – cola, sprite, mirinda, a nawet butelkowana woda gazowana i niegazowana. Dzięki temu nie trzeba było specjalnie chodzić do baru, aby napić się czegoś zimnego. Bardzo dobry pomysł, wart wdrożenia także w innych lokalach.

Ale dosyć tych komplementów, bowiem jeżeli chodzi o alkohol, to niestety nie było tak kolorowo. Było wręcz źle, bardzo źle. Bo albo nie było go w ogóle, albo był maksymalnie rozwodniony. Czytając nasze wpisy wiecie, że naszym tradycyjnym drinkowym zestawem jest gin z tonikiem dla mnie i whisky z colą dla Eryka. Owszem, lubimy na początku rozluźnić się procentami, ale gdy wypiliśmy tam chyba piątego drinka w niedługim czasie i absolutnie nic nie czuliśmy, to były dwa możliwe warianty. Albo z nami jest coś nie tak, albo na barze robią jakąś ściemę. Poprosiliśmy zatem o czyste alkohole bez dodatków i potwierdziło się to drugie przypuszczenie. Whisky była tam mocno rozcieńczona, że bez coli w ogóle nie szło jej wypić. Podobnie z ginem. Słabiutko, oj słabiutko. Tak się nie robi, bo to jest najzwyczajniej oszukiwanie ludzi. Rozumiemy, że na imprezach w stylu all inclusive chce się nieco zaoszczędzić, ale w tym przypadku była to już gruba przesada.

Higiena

Za to na pozytywne podkreślenie zasługuje higiena w klubie. Przy każdym pokoju zabaw znajdowały się półki z pachnącymi ręcznikami, zaś przy łóżkach – nie tylko prezerwatywy, ale i lubrykanty. Również w toaletach pełne wyposażenie. Od płynu dezynfekującego do ust, chusteczki nawilżające i do higieny intymnej po lakiery do włosów, a nawet pomadki i tusze do rzęs. Co prawda, ja z cudzych kosmetyków nie korzystam, ale widziałam, że niektóre panie nie czuły żadnego skrępowania w tym zakresie. W męskich toaletach były dodatkowo perfumy.

Kwestie czystości są dla nas priorytetowe i chociaż środków do odświeżenia się nie brakowało, to obsługi dbającej o porządek – już tak. Nie widzieliśmy, aby ktoś sprzątał po zakończonej zabawie przybyłych gości i za to niestety dajemy duży minus. I dodajemy drugi – za brak klimatyzacji. W środku było tak cholernie gorąco, że trudno było wytrzymać, zarówno od wysokiej temperatury, jak i od zapachu potu.

Niby fajnie, ale…

… było kilka sytuacji, które nieco osłabiły nasz entuzjazm. Po pierwsze – zauważaliśmy tendencję, że pary owszem bawiły się, ale tylko między sobą, bez wymiany. Zaś te, które dały się ponieść swingerskiemu szaleństwu, to wyłącznie z osobami, z którymi razem przyszły do lokalu. Ale to nie tylko tutaj akurat tak było. W wielu miejscach, gdy jest impreza dedykowana tylko dla par dzieje się podobnie.

Druga kwestia – narkotyki, wspomagacze, tabsy. Jak chcecie, tak to nazywajcie. Jeśli ktoś tego potrzebuje, do nabrania chęci na seks, to jego sprawa. Nic nam do tego, ale jak widzimy, jak ktoś kładzie sobie tabletkę pod język, to zniechęca nas to do bliższego poznania się. Bo z połączenia swingu i dragów nigdy nie wychodzi nic dobrego. Zresztą pary, które przy nas wzięły różne specyfiki również chyba nie bawiły się za dobrze, bo po niecałej godzinie od zażycia, już ich w lokalu nie było.

Głucho wszędzie…

Zresztą klub bardzo szybko opustoszał. Koło godziny 2.00 pozostały w nim nieliczne niedobitki, czyli jak zwykle my też byliśmy w tym gronie. Przyczyniła się do tego również sytuacja, iż krótko po pierwszej, jeden z pracowników klubu, chyba manager, ostentacyjnie wyłączył muzykę w strefie na zewnątrz, a tym samym zniszczył fajny, chilloutowy klimat, jaki tam panował. Prawdopodobnie, któryś z gości hotelowych, gdyż istnieje możliwość wynajęcia na miejscu pokoju, poskarżył się, że cisza nocna jest zakłócana. Naszym zdaniem muzyka wcale nie była za głośna. Przez to poczuliśmy się trochę jak niechciany gość i inne osoby odniosły chyba podobne wrażenie, bo ze zdziwionymi minami albo udały się do środka, albo prosto do szatni. Ech, pozostawimy to bez komentarza. Efekt był taki, że impreza miała trwać z założenia do około 4 -5 nad ranem, lecz zakończyła się krótko przed trzecią.

Czy wrócimy do Tempeloase? We dwójkę raczej nie, ale większą ekipą – czemu nie? Jak to się mówi – w kupie zawsze raźniej i weselej.

Strona klubu: https://tempeloase.de/

Tekst: Luiza i Eryk

Fot.: Swing With Me

PRZECZYTAJ: http://swingwithme.pl/tak-sie-bawilismy-w-insomnii