Odkryłam, że lubię testować nowe gadżety. A im bardziej niestandardowe, tym lepiej. I tak w moje oczęta wpadło urządzenie zwane ONO. Po pierwsze, moją uwagę zwrócił jego nieszablonowy kształt, po drugie – ów masażer miał uprzyjemniać mi kąpiele czy nawet szybkie prysznice, czyli takie 2 w 1 – rozkosz i czystość jednocześnie. Czy ONO spełniło swoje zadanie?

Pełna nazwa tejże zabawki to ONO Cleo Bath Body Massager. To cudeńko miało zapewnić orgazmy zarówno, będąc zanurzonym pod wodą, jak i przyssanym do łazienkowych kafelek. Myślę sobie – bosko! Przyczepię go sobie na wysokości mojej cipeczki i oddając się wodnej błogości, zafunduję sobie dodatkowo orgazm!

ONO według Luizy

Rozochocona udałam się do łazienki, wymierzyłam odpowiednią wysokość i bach na ścianę. Lecz mój uśmiech spełzł z twarzy niczym ONO po kafelkach. Zupełnie jak jakiś wygłodniały glonojad po szybie akwarium. Pomyślałam, że pewnie zrobiłam coś nie tak, więc ponowiłam próbę. Ale efekt był taki sam jak poprzedni, czyli mizerny. Zatem zawołałam swoją prywatną pomoc techniczną w osobie mego męża, aby wybawił mnie z kąpielowej opresji. Lecz silna ręka Eryka również nie była w stanie zatrzymać ONO w wybranej pozycji. Ech, szkoda… Może chociaż jednak sprawdzi się w kąpieli?

Nalałam wodę do wanny, oczywiście z bąbelkami, gdyż kąpiel bez bąbelków to nie kąpiel. Rozgrzana w środku i na zewnątrz, sięgnęłam po nowe cudeńko i… I nic. Uruchomiłam najsilniejszy tryb wibracji, a moja łechtaczka nawet chociaż odrobinę nie symulowała przyjemności. Próbowałam różnorodnych technik, od trzymania zabawki w dłoni, po dosiadanie jej niczym kowbojka arabskiego ogiera. Niestety, nie dotarłam na nim do mety. Być może moje intymne części ciała są przyzwyczajone do mocniejszych wrażeń, które ONO po prostu nie jest w stanie mi podarować. Co nie oznacza, że u innej kobiety nie sprawdzi się doskonale. Wszak każda z nas jest inna i lubi odmienne rodzaje stymulacji. A dopóki się nie spróbuje, to nie będzie się wiedziało, co nam będzie najbardziej pasowało.

Ale wbrew pozorom, nie schowałam ONO do pudełka, upchanego gdzieś w szafie, tylko znalazłam dla niego inne zastosowanie. Skoro jest to masażer, to niech masuje! A, że codziennie dużo czasu spędzam przy komputerze, to moja szyja domaga się szczególnej troski. I tutaj opisywana zabawka spełniła swoją rolę doskonale, bowiem jej wypukły kształt, idealnie dopasował się do obolałego karku i zmęczonych ramion. Zatem ONO, obok laptopa, notesu i długopisu, stał się podstawowym wyposażeniem biurka. Zaskakująca funkcjonalność, ale nie wszystko przecież musi być oczywiste.

ONO według Eryka

Jeżeli chcecie mieć unikalny element wystroju łazienki, który kształtem przypomina grzebień koguta albo siodło na konia, to ten gadżet będzie dla was. A tak na poważnie, to nie widziałem w oczach Luizy tego niepowtarzalnego błysku, gdy nowa zabawka spełnia jej oczekiwania. Najpierw siłowaliśmy się z przymocowaniem go w łazience, a później przez kilka dni po prostu stał na wannie, czekając albo na ponowne odkrycie, albo na ponowne umieszczenie go w opakowaniu. Na pewno plusem ONO jest materiał z jakiego jest wykonany – medyczny silikon, bardzo miły w dotyku. Ale sam jestem zwolennikiem gadżetów akumulatorowych, gdyż połączenie wody i zasilania bateriami nie wydaje mi się zbyt dobrym pomysłem. Zwłaszcza, że zamknięcie podstawki urządzenia nie wygląda na całkiem hermetyczne i mam wrażenie, że przy dłuższym użytkowaniu może stracić swoją szczelność. Niby mam silikon montażowy i inne materiały budowlane, lecz nie wiem czy zdałoby to egzamin kompatybilności. Nie do końca też rozumiem, dlaczego wibracje rozchodzą się po całej zabawce, zamiast kumulować się w górnej części urządzenia. Wtedy wibracje na pewno byłyby silniejsze, a i doznania mocniejsze. Trzymając ją w dłoni i stymulując Luizę czułem jakby bardziej w drgania wpadła moja ręka, aniżeli łechtaczka żonki. Zabrakło mi również różnorodności trybów wibracji. Można zwiększać lub zmniejszać ich siłę, lecz nic więcej. Ale faktycznie jako masażer pozostałych części ciała ONO się sprawdza. Przy próbie stymulacji jąder odczuwalne było delikatne nawet przyjemne mrowienie, lecz nie do końca widzę ONO w bardziej zaawansowanych łóżkowych pieszczotach. Zamiast trafić do naszej sypialnianej szafki, trafił na biurko. A tego się nie spodziewałem 🙂 Chociaż muszę go przetestować również jako wibrującą podkładkę pod nadgarstek. 😛

Tekst: Luiza i Eryk

Testowaliśmy: ONO CLEO ORANGE

Artykuł powstał we współpracy ze sklepem LustShop.