roseTo nie była ucieczka. To była próba posmakowania czegoś nowego. Pobycia sama ze sobą. Bez żadnej koleżanki u boku. Bez kolegów pocieszycieli. Musiała sama sprostać temu niespodziewaniu wyzwaniu – nauczenia się życia w samotności.

Miało być tak pięknie. Skończone studia z wyróżnieniem. Prestiżowy staż i kolejne szczeble kariery zawodowej, po których Dominika wdrapywała się niczym kobieta kot. Piękna, niezależna z silnymi fundamentami poczucia własnej wartości. Kacpra spotkała na firmowym przyjęciu. Elegancki, szarmancki., przystojny. Przy butelce szampana rozmawiali do białego rana. Jak na prawdziwego gentlemana przystało, odprowadził ją prosto pod drzwi jej mieszkania. Nie był nachalny. Nie wpychał się na siłę na środka, choć Dominika nawet nie miałaby nic przeciwko temu. Pocałował ją delikatnie w czoło i zapowiedział, że odezwie się na następny dzień.

Zadzwonił. Zaprosił ją na kolację do tajskiej restauracji. Siedząc na kolorowych poduszkach i przy stole na podłodze opowiadali sobie o wizjach przyszłości. Co chcieliby robić, co osiągnąć, gdzie podróżować. Wiele punktów stycznych przyciągało ich do siebie niczym magnesy o przeciwległych biegunach. Wylądowali w łóżku jego loftu. Satynowa pościel nie nadążała za przykrywaniem ich ciał. To był długi i namiętny seks. Dominika poddała się temu całkowicie. Z błogim uśmiechem przyjmowała kolejne orgazmy, które serwował jej nowy kochanek.

To mężczyzna mojego życia ­- myślała wówczas.

Znajomość nie skończyła się na jednej nocy. Tych nocy było wiele. Zbyt wiele, by tak po prostu przerwać tą znajomość.

Wprowadziła się do niego. Jej kobieca ręka zrobiła rewolucję w jego chłodnym, katalogowym mieszkaniu. Było z klasą, lecz przytulnie. Tak, że chciało się tam wracać po ciężkim, korporacyjnym dniu.

Wkrótce na jej palcu pojawił się pierścionek ze szmaragdem okalanym brylantami. Ani chwili nie wahała się z wypowiedzeniem tak, gdy uklęknął przed nią, w koszu balona unoszącym ich wprost do nieba. Zawsze marzyła o locie balonem, a o oświadczynach w takiej scenerii nawet nie odważyła się śnić.

Była szczęśliwa. Tak bardzo szczęśliwa, że myślała, że to grzech czuć takie szczęście. Przyjaciółki jej zazdrościły, w pracy zdobywała kolejne awanse. Wszystko niczym było jak z bajki.

Ale sen się skończył. Kacper jakby stał się nieobecny. Przygotowania do hucznego ślubu spoczęły na jej barkach. On na wszystko się zgadzał, nie wykazując ani radości ani zbytniego zainteresowania.

Będzie tak jak sobie życzysz kochaniemówił tylko.

Ona jako pewnik jego zachowania przyjęła realizację ważnego projektu, za który był odpowiedzialny.

Będzie cudownie. Weźmiemy ślub, wyjedziemy w podróż poślubną na Kubę i zrobimy sobie dziecko. Takie piękne i mądre, jak my jesteśmychichotała na głos snując plany na przyszłość.

Nie było ani ślubu, ani wyjazdu na Kubę, ani dziecka. Marzenia się skończyły, gdy zobaczyła Kubę posuwającego na biurku dwudziestoletnią stażystkę. Chciała mu zrobić niespodziankę przynosząc pierwsze wydrukowane zaproszenia na ich najważniejszy dzień w życiu. A on nie myślał ani o ślubie, ani o niej. Pieprzył tą młodą cipkę od tyłu, trzymając ręce na jej zgrabnych pośladkach. Nawet gumki nie założył, tylko spuścił się w niej. A Dominika to widziała. Znieruchomiała. Miała wrażenie, że to się nie dzieje naprawdę. Z rąk wypadły jej zaproszenia. Teraz to były tylko zwykłe i nic nieznaczące kartki, informujące o tym, że w dniu takim i takim odbędzie się ślub, a później wesele. Kacper z opuszczonymi spodniami stał jak wyryty, Nie wiedział co zrobić. Zresztą co miał powiedzieć – kochanie, to nie tak jak myślisz? To by tylko dopełniło żałości i tak już nędznego obrazka jego upodlenia.

Dominika jeszcze tego samego wieczora wróciła do swojego mieszkania. Cieszyła się, że nie podjęła zbyt pochopnej decyzji o sprzedaży tych czterech ścian, które na nowo stały się jej domem i azylem. Jej najbliżsi wzięli na siebie powiadomienie gości, że uroczystość ślubna niestety się nie odbędzie. A ona w tym czasie gwałciła swymi łzami kolejną poduszkę.

Minął miesiąc. Miesiąc bycia kobietą widmo. Wykonywała swoje codzienne obowiązki. W pracy pod nienagannym makijażem ukrywała swój stan emocjonalny prezentując ofertę sprzedażową dla nowego kontrahenta. Była silna. Na pokaz. Inni współczuli jej, jednocześnie wyrażając podziw, że tak szybko podniosła się po takim życiowym ciosie. A ona za każdym razem po powrocie z pracy zachodziła do osiedlowego sklepu po swoją najwierniejszą przyjaciółkę – butelkę czerwonego i cierpkiego jak życie wina.

Piła w ukryciu. I to nawet w ukryciu przed samą sobą. Udawała, że nie ma żadnego problemu. Że pije, tylko aby łatwiej było jej zasnąć.

Miała ochotę płakać, krzyczeć. Niech wszyscy słyszą jej ból. Niech wszyscy wiedzą, że ten zasrany dupek zniszczył jej tak piękną wizję dożycia późnej, lecz wspólnej starości.

Jej serce krwawiło i nie wiedziała czym mogłaby ten krwotok zatamować. Zobaczyła swoje odbicie w lustrze. Rozmazany tusz wymalował na jej twarzy czarną drogę niczym dla konduktu żałobnego. Tak, jej serce było w żałobie. Nie mogła na siebie patrzeć. To nie była ona. Chwyciła prawie opustoszałą butelkę po winie i cisnęła ją w lustro. Szklane odłamki rozsypały się po całym pokoju. Ostał się tylko jeden popękany kawałek, w którym ona wyglądała niczym cyrkowa karykatura.

Nie, tak nie może być. Kobieto weź się w garść.

Ostatkami sił zamiotła szklane pobojowisko i położyła się spać.

***

Postanowiła zacząć wszystko od nowa. W pracy powiedziała, że chce w końcu wykorzystać zaległy urlop. Nie chciała już niczego planować. Wszelkie plany ją zawiodły. Wolała dać ponieść się życiu i zagrać w scenariuszach, które będzie jej podtykało pod nos.

Nigdy więcej nie będę płakała przez żadnego faceta ­- dała sobie słowo.

Pojechała na lotnisko. Postanowiła polecieć pierwszym lepszym samolotem, w którym będzie wolne miejsce.

Pani w okienku powiedziała, że najbliższy lot jest do Bolonii.

Słoneczna Italia? Czemu nie? –  ­uśmiechnęła się na pocztówkowy widok siebie na własnej plaży.

Włochy przywitały ją gorącym powietrzem i gorącymi spojrzeniami mijanych mężczyzn. Znów czuła się piękna i pożądana. Delikatny rumieniec pojawił się na jej twarzy. Prosto z lotniska pojechała do Ravenny. Nie wiedziała co tam jest. Po prostu znów nie planując wsiadła w autobus, który oczekiwał pasażerów niedaleko lotniskowego terminalu.

Jechała w nieznane i ten stan rzeczy całkowicie jej odpowiadał. Nie poznawała siebie. Wcześniej wszystko musiała mieć skrupulatnie zaplanowane co do dnia i godziny. Teraz było jej obojętne gdzie się znajdzie, co przeżyje, co zobaczy. Hotel miała niedaleko głównego placu Faenza. Nie chciała mieszkać nigdzie na uboczu. Chciała być blisko. Blisko wszystkiego. Miasta, ludzi, po prostu życia. Pragnęła uniknąć uczucia, że coś ją omija i to bezpowrotnie.

Skromny pokój zapewniał wszelkie jej potrzeby. Pojedyncze łóżko, łazienka z prysznicem i mały tarasik. Odświeżyła się po podróży i postanowiła nieco odpocząć. Spała trzy godziny. Była zła na siebie, że poddała się tej fali senności zamiast wyjść na miasto i odkrywać nowe zakątki. Ale szybko dała sobie rozgrzeszenie, tłumacząc sobie, że organizm najwyraźniej tego potrzebował.

Był ciepły, wczesnoletni wieczór. Ubrała zwiewną sukienkę i równie zwiewnym szalem otuliła swą szyję. Była gotowa na nowe. Z uśmiechem na twarzy chodziła wąskimi uliczkami, zaglądając nieśmiało w okna mieszkańców. Jakby tym sposobem stawała się niewidocznym domownikiem ich codzienności.

Mijani straganiarze zachęcali do zakupu kapeluszy, strojów kąpielowych czy magnesów na lodówkę. Ona z rozbawieniem im grzecznie odmawiała. Wracając do hotelu zauważyła mężczyznę składającego już swoje stoisko z kwiatami. Był w miarę wysoki, na oko coś koło czterdziestki. Jego włosy były oprószone lekką siwizną, która tylko dodawała mu uroku. Delikatne zmarszczki wokół oczu i ust malowały jego radosną naturę. Dominika złapała się na tym, że mu się przygląda. Zbyt długo, zbyt niestosownie. Przyspieszyła kroku, lecz jej szal zahaczył o kolec róży, której nieznajomy nie zdążył jeszcze schować. Zmieszana powiedziała tylko scusi i niczym nieśmiała nastolatka pragnęła uciec stamtąd jak najdalej. A nieznajomy uśmiechnął się tylko i wręczył jej do ręki kwiat, który przypadkowo stał się przyczyną ich spotkania.

Dominika zamknęła za sobą drzwi do pokoju. Ale nie mogła się powstrzymać i podeszła do okna pragnąc jeszcze przez moment popatrzeć na tego tajemniczego mężczyznę. Ale jego już nie było, a kwiaciarniany stragan był już zamknięty.

Co ty głupia wyprawiasz. Pierwszy wieczór we Włoszech, a ty już wariujesz na widok pierwszego lepszego napotkanego faceta. Zejdź na ziemię dziewczyno…

***

Obudziło ją słońce przebijające się nawet przez bordowe zasłony. Poranny prysznic obudził zmysły. Namydlając swe ciało pomyślała o kwiaciarzu. O jego silnych i zarazem delikatnych dłoniach. Dłoniach, które odrywają niechciane kolce i z niespotykaną delikatnością pielęgnują kwieciste płatki. Odruchowo ręka zeszła jej niżej, wprost do jej płatków, tak zapomnianych od wielu miesięcy. Dotknęła swej łechtaczki. Tak dawno się tam nie dotykała. Przykra historia z Kacprem obrzydziła jej nawet masturbację. Ale tutaj, w Italii, na nowo zapragnęła pokochać siebie. Jej palce subtelnie zmieniały siłę nacisku. Postanowiła sięgnąć głębiej, wprost to punktu, gdzie jest tak przyjemnie chropowata. Doprowadziła się. Krzyk niespodziewanego orgazmu ostudziła zimnym strumieniem wody. Spod prysznica wyszła na ugiętych nogach.

Czyli jeszcze potrafię to osiągnąć.

Zdobyta satysfakcja cielesna nastroiła ją bardzo pozytywnie. W podskokach zeszła na śniadanie. Zgodnie z włoskim zwyczajem, na śniadanie spożywa się same słodkości. Kruchy rogalik, kawowe ciasto i gorąca czekolada – idealny zestaw na rozpoczęcie nowego dnia.

Jako typowa kobieta wybrała się na zakupy. Jej szafa zdecydowanie wymagała odświeżenia. W napływie złości, wyrzuciła z niej wcześniej wszelkie ubraniowe prezenty od Kacpra. Nie chciała mieć już nic wspólnego z tym obślizgłym typem, który zniszczył ją i jej marzenia. Zaczynała kolejny rozdział w życiu, a zawartość jej szafy miała właśnie to symbolizować. Sklepy i stoiska kusiły kolorami i nawet przystępnymi cenami. Na jej ramieniu zaczęło przybywać reklamówek z rzeczami. Dominika już miała wracać do hotelu, gdy jej wzrok przykuła czerwona jak krew sukienka rękawem o długości trzy czwarte o asymetrycznej linii kończącej się tuż nad kolanami. Była śliczna i Dominika wiedziała, że musi ją mieć. Poprosiła sprzedawcę o zdjęcie obiektu jej westchnień z manekina i udała się do przymierzalni. Sukienka idealnie na nią pasowała. Kopertowy dekolt dyskretnie podkreślał jej jędrny biust, zaś lekkie marszczenie w talii eksponowało jej wcięcie, z którego zawsze była zadowolona. Nie chciała zdejmować z siebie nowego nabytku. Poprosiła sprzedawcę o odcięcie metki z ceną i szczęśliwie odmieniona wróciła do ulicznego zgiełku.

Przeglądając się w wystawowych szybach nawet nie zauważyła, że podąża wprost na kwiaciarniany stragan. TEN stragan. Zapatrzona w odbijającą się czerwień osłaniającą jej kibić, wpadła na plecy mężczyzny, który od dnia wczorajszego stał się podmiotem jej przemyśleń i poniekąd fantazji. Zaskoczony mężczyzna upuścił trzymany wazon z kwiatami, powodując tym samym różane pobojowisko z kawałkami porcelany w tle. Smutny był to widok, gdy oto róże przygotowane do podziwiania i pielęgnowania, leżały niczym zapomniane zabawki w sklepie dla dzieci. Zabawki, którymi nikt już nie będzie chciał się bawić.

Zmieszana Dominika nie była w stanie wykrztusić z siebie ani jednego słowa. Było jej głupio, tak bardzo głupio. Czuła, że łzy napływają jej do oczu.

Bella donna, don`t worry. Everything is ok. Don`t crykwiaciarz ani przez sekundę nie okazał zdenerwowania. Wręcz przeciwnie, uśmiechnął się serdecznie i wręczył Dominice jedną z tych róż, która spoczęła na ziemi.

Ragazza, please smile – rzekł do niej na pożegnanie. Ale Dominika nie odwzajemniła tej uprzejmości. Chciała się schować, ukryć przed jego spojrzeniem.

Idiotka, skończona idiotka co to nawet chodzić nie potrafi – wykrzykiwała na głos.

Cisnęła w kąt wszystkie zakupy łącznie z tą nieszczęsną różą. Zeszła na dół do hotelowego baru, prosząc o caffe latte. Wróciła do siebie na taras i z wysokości oglądała ludzi krzątających się po brukowych ścieżkach włoskiej miejscowości. To pozwoliło nabrać jej dystansu.

No trudno. Nie ja pierwsza taka gapa i pewnie nie ostatnia. Zdarza się.

Dla poprawy nastroju postanowiła rozpakować zakupy. Wyciągając śliczny pudrowy kardigan ujrzała między torbami leżącą różę. Jeden z jej płatków leżał samotnie oderwany.

Co ja zrobiłam. Nie zasłużyłaś na taki los. Wybacz mi, zaraz to naprawię.

Z największą delikatnością chwyciła ją w dłonie, dolała wody do wazonu i ranny kwiat dołożyła do poprzedniczki dnia minionego.

Teraz będzie Ci weselej ­- wyszeptała do kwiatu.

***

Tekst: Luiza

Część II ukaże się już jutro… 😉