sea-912978_1280Nie mogła zasnąć. Miotała się z myślami. W zasypianiu przeszkadzały jej stojące w wazonie na nocnym stoliku dwie róże. Ciągle przed oczami miała obraz kwiaciarza. Jego szelmowskiego uśmiechu i tych dłoni. Tak męskich i tak łagodnych w dotyku…

Postanowiła zmienić trasę spacerów. Nie chciała znów zrobić czegoś głupiego, czegoś co by się miała wstydzić. Do hotelu docierała bocznymi uliczkami, ale z każdym razem gdy przekraczała próg drzwi do holu nie mogła się powstrzymać przed ukradkowym spojrzeniem w stronę kwiatowego zaułka. To było silniejsze od niej, ale dzielnie walczyła z tą pokusą.

Jej wyjazd zbliżał się ku końcowi. Nie chciała wyjeżdżać, ale wiedziała, że ucieczka od rzeczywistości nie ma sensu. Nie chciała wpadać w błędne koło i znów powracać do punktu, z którego startowała.

Naładowałaś baterie, czas na działanie. Z zadowoleniem wypowiadała te słowa patrząc na swoje odbicie w łazienkowym lustrze. To już nie była ta sama, zapłakana kobieta sprzed kilku tygodni. Teraz patrzyła na nią ładna dziewczyna z dużymi brązowymi oczami pełnymi radosnego błysku, a nie słonych łez. Kasztanowe włosy były rozjaśnione blond pasemkami.

Ach to słońce. To wszystko przez Ciebie. Te pasemka na głowie i radość w głowiepomyślała Dominika udając się na pożegnalny spacer z plażą, morzem i właśnie z ukochanym słońcem.

Do małej torebki zapakowała krem do opalania, okulary przeciwsłoneczne, klucz do pokoju, kilka euro i telefon z ulubioną muzyką. Muzyka była w jej życiu od zawsze ulubionym „odstresowywaczem”. Dodawała jej skrzydeł albo pozwalała się wyciszyć. Słuchawki w uszach pozwalały jej się odłączyć od zewnętrznego świata, czasami tak wrogiego dla jej bezbronnej duszy.

Szła brzegiem morza. Opustoszała plaża zachęcała do rozważań, do dokonywania bilansu sukcesów i porażek. W gruncie rzeczy była zadowolona ze swojego życia. Tylka ta nieszczęsna miłostka z Kacprem spowodowała wyrwę w jej życiorysie. Tak, miłostka. Teraz już nie patrzyła na to jak na wielką miłość, tą jedyną i utraconą. Obecnie to było bolesne doświadczenie, które wiele ją nauczyło. Ale zazwyczaj najcenniejsze lekcje okupione są największym cierpieniem.

Słońce powoli chowało się za linią horyzontu. Ale Dominice nadchodzący zmrok w ogóle nie przeszkadzał. Nawet go pragnęła. Żeby ją osłonił, otulił i niczym dobry duch szepnął do ucha, że wszystko będzie dobrze. Przystanęła na sekundę, wyłączając płynąca muzykę. Pragnęła wsłuchać się w szum wiatru, dokładnie jakby się wsłuchiwała w głos wyimaginowanego przyjaciela.

Czuła spokój. Błogość. Stan tak bardzo przez nią zapomniany. Teraz nie musiała nigdzie się spieszyć, gonić, łapać szczęście za ogon. Teraz to szczęście samo pukało do jej drzwi. Widziała je przez wizjer, już miała chwycić za klamkę i wpuścić je do serca. Ale wciąż krył się w niej lęk przed nieznanym.

Chyba czas otworzyć te drzwi…

Wzięła głęboki oddech. Czuła jak powoli ochładzające się powietrze przenika do jej płuc, pompując jednocześnie do żył dawkę porządnego orzeźwienia.

Pora wracać.

Sięgnęła do kieszeni spodni, aby w telefonie włączyć piosenki z folderu „Ballady”. Na złość jej nowy Sony odmawiał posłuszeństwa i zawiesił się.

Nie, nie teraz. Czemu ten głupi telefon musi popsuć taką idealną chwilę jak ta.

Próbując odmienić stan zawieszenia telefonu w stan funkcjonowania, Dominika nie zauważyła, że ciemny płaszcz nocy okrył już całe niebo. Nikłe światło pochodziło jedynie ze sklepów usytuowanych przy drodze biegnących wzdłuż wybrzeża.

Telefon wciąż nie działał. Skupiona na wciskaniu wszystkich możliwych przycisków, nagle upadła potykając się o niewidzialną przeszkodę.

Co jest do cholery!krzyknęła wystraszona

Bella donna, watch out! –  ­znajomy głos wydobył się z piaskowej otchłani.

Nie wierzyła własnym oczom. To był on. Jej kwiaciarz. Mężczyzna, która tak bardzo pragnęła spotkać na swojej drodze, że aż zaczęła go unikać. I teraz nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak znalazł się tuż przed nią, otrzepując spodnie ze wszędobylskiego piasku.

Znieruchomiała. Chyba taka reakcja na jego widok już na zawsze będzie wpisana w jej zachowanie. Przeprosiła go, mówiąc, że go po prostu nie zauważyła i, że nie chciała. I, że w ogóle to wszystko nie tak jak być powinno. Jej tłumaczenia nie miały końca.

Przystojny Włoch patrzył na nią z rozbawieniem. Łamaną angielszczyzną odpowiedział jej, że nic się nie stało i chyba po prostu musi przyzwyczaić się, że w jej towarzystwie zawsze dzieje się coś ciekawego.

Dominika roześmiała się. Ulżyło jej, że pomimo tych drobnych wpadek nie traktuje jej jak totalnej idiotki.

Zaczęli rozmawiać. Bariera językowa nie pozwalała im na prowadzenie rozmowy na zbyt wyszukane tematy, ale to im nie przeszkadzało. Dominika wychodziła z założenia, że jak człowiek chce się dogadać, to zawsze to mu się uda.

Andrea, bo tak miał na imię Włoch, opowiadał jej, że wieczorami lubi przychodzić na plażę, usiąść sobie na piasku i tak jak ona – ze słuchawkami w uszach pobyć sam ze sobą i ze swoimi myślami. To jest taka jego własna, intymna chwil.

Zapytał się Dominiki jak mija jej pobyt we Włoszech i w ogóle czym się zajmuje na co dzień. A ona opowiadała mu o swym życiu i karierze. Historię z Kacprem pominęła. To już nie było ważne.

Zatrzymali się w plażowym coctail barze. Andrea zaproponował krótki przystanek na drinka. Dominika zgodziła się od razu. Dobrze czuła się w jego towarzystwie i nie chciała przerywać tak miłego wieczoru. Andrea opowiadał, że kwiaty były w jego życiu odkąd tylko pamięta. Kwiatowy biznes rozpoczął jego ojciec wraz z matką. Ich rodzinny dom wraz z ogrodem był pełen kwiatów najróżniejszych odmian. Tak uczył się ich nazw i zasad pielęgnacji. Będąc nieco starszym chłopcem zaczął pomagać w prowadzeniu wspólnego biznesu. Teraz sam się tym zajmuje, gdyż schorowane dłonie ojca nie są już w stanie dać sobie rady z tym zadaniem. I tak mija mu rok za rokiem. Wciąż w tym samym mieście, w tym samym miejscu na głównym placu…

­– Jestem szczęśliwym człowiekiem. Mam wszystko czego potrzebuję. Rodzinę, pracę, którą lubię i wiele słonecznych dni w roku. Czego chcieć więcej? – opowiadał.

A jest jakaś kobieta w twoim życiu? Żona, dzieci? – ­zapytała nieśmiało Dominika.

­– Nie było mi jeszcze dane poznać kobiety, z którą chciałbym stworzyć dom.

Nie rozwijał dalej tematu. A ona też nie chciała pytać. Sama przecież wiedziała, że opowiadanie o takich historiach boli. I choć czas łagodzi rany, to blizny jednak pozostają.

Wypili jeszcze kilka drinków. Niezauważenie, słońce zaczęło się wspinać ponad linię horyzontu.

­ – Czas już na mnie. Za kilka godzin mam busa na lotnisko, a nawet nie jestem spakowana.

– Dobrze, pozwolisz, że Cię odprowadzę. Samotna kobieta wracająca nad ranem do hotelu to nie jest najlepszy pomysł.

– Ok. Nie mam nic przeciwko.

Szli wzdłuż brzegu szukając najbliższego zejścia z plaży. Chłodna jeszcze z rana morska woda przyjemnie pobudzała zmysły. Zbliżali się do opuszczonej budki ratowniczej.

W pewnej chwili Andrea chwycił rękę Dominiki przyciągając ją do siebie. Nic nie mówił. Spojrzał się tylko głęboko w jej oczy i delikatnie pocałował. Zaskoczona Dominika w pierwszym odruchu napięła ciało, lecz gdy poczuła jego usta na swoich, rozluźniła się i odwzajemniła pocałunek.

Ich pocałunek trwał i trwał. Jakby nie mogli nasycić się sobą. Jakby byli kochankami, których miłość kwitnie w ukryciu, przed wścibskimi spojrzeniami innych.

Andrea przytulił ją mocno i pocałował w czoło.

– Przepraszam jeśli zrobiłem coś złego, ale nie mogłem tak po prostu dać Ci odejść.

Dominika zatrzymała jego rękę, ścisnęła mocniej i szepnęła tylko Chodź.

Poprowadziła go schodkami do miejsca, w którym zazwyczaj ratownik pełni swą wartę i otworzyła uchylone drzwi. W środku znajdowała się szafa zamknięta na kłódkę, krzesło i kilka koców. Nie zastanawiając się długo, rozłożyła je, tworząc miłe i miękkie posłanie.

Andrea przywarł do niej. Czuła jego ciepło, jego pożądanie. Pieścił ją powolnie, wyrafinowanie, zmysłowo. Dotykał ją jakby miał przed sobą dzieło sztuki. Dzieło piękne i nieskalane żadnymi rysami. Po prostu bezcenne.

Rozbierał ją celebrując oczami każdy nowy fragment ciała ukrytego wcześniej pod sukienką.

Była naga. Całkowicie niewinna w swej bezbronności. On również zdjął swe ubranie i otulił swym ramieniem, kładąc się obok. Gładził ją po twarzy i napawał się jej widokiem.

­– Na pewno tego chcesz? ­– zapytał.

Przytaknęła twierdząco. Z małej torebki wyciągnęła prezerwatywę, którą trzymała w portfelu. Włożyła ją tam jeszcze będąc z Kacprem. Tak na wszelki wypadek, gdyby naszła ich ochota na seks w niezbyt dozwolonym miejscu.

Zanim wszedł w nią, zanurzył swój język między jej udami. Liżąc ją, rękoma pieścił jej piersi. Szorstkie, lecz subtelne dłonie, dotykały ją czule i namiętnie.

Dominika zapomniała, że seks może wyglądać zupełnie inaczej niż tylko szybki numerek na rozładowanie emocji. Andrea był usposobieniem kochanka, który mógłby się pojawiać jedynie w książkowych romansach. Kochankiem, o którym kobiety marzą, potajemnie się doprowadzając.

Zagłębił się w niej. W jej wilgoci, między nabrzmiałymi wargami. Jęknęła, od razu zasłaniając usta ze strachu żeby nikt ich nie usłyszał.

– Niczego się nie bój ­szeptał.

A ona mu zaufała. Otworzyła się dla niego niczym kwiat spragniony wody.

Pulsował w niej rytmicznie, co chwilę przerywając, czując, że jest bliski kulminacji. Obsypywał ją przy tym tysiącami pocałunków.

Dominika wydawała z siebie ciche jęki. Było jej tak dobrze…

Usiadła na nim. Teraz to ona dyktowała tempo. Falowała na nim pozwalając mu odkrywać nowe zakamarki jej ciała. A on patrzył na nią. Patrzył i podziwiał. Jego wpół przymrużone oczy świadczyły o tym, że i on czuje rozkosz.

– Przerwij na chwilkę. Przerwij, bo nie wytrzymammówił stłumionym głosem.

Ale ona nie przestała. Pragnęła ujrzeć jak dochodzi. Jak ofiarowuje mu zaspokojenie.

Zacisnął ręce na jej pośladkach. Próbował przejąć kontrolę nad jej ruchami, ale Dominika się nie dała. Czuła, że i ona jest bliska. A ta gra wymaga wielkiego finału. Ścisnęła go w środku jeszcze mocniej. Aby ocierał się o jej wnętrze.

Fala orgazmu dosięgła ich jednocześnie. Cisza poranka została przerwana przez ich krzyk. Krzyk ekscytacji i spełnienia.

Zasnęli wtuleni w siebie. Krótka drzemka została jednak przerwana przez pisk mew szukających na plaży pożywienia. Pospiesznie się ubrali. Droga do hotelu minęła im szybko. Zdecydowanie za szybko.

Nic nie mówili. Pocałunki mówiły więcej niż tysiąc słów. Zwłaszcza ten na pożegnanie…

***

Dominika wpadła do hotelu jak szalona. Zgarnęła tylko rzeczy z szafy i łazienki do walizki, nawet nie układając ich specjalnie. Za godzinę przecież będzie w drodze. W drodze do życia, od którego uciekła. Ale teraz wizja powrotu nie przerażała jej. Była inną kobietą. Spełnioną, szczęśliwszą. Gotową na rozpoczęcie kolejnego rozdziału swojej historii.

W ostatniej chwili wróciła się po dwie róże rozkwitające w wazonie na nocnym stoliku.

Róże będące pamiątką jej włoskiego romansu.

 

Tekst: Luiza