ZATRZYMAJ SIĘ I WEŹ MNIE

 model-813231_1920Znów byli w drodze. Krótkiej, lecz wyczerpującej. Kolejna delegacja, kolejne kilometry. Słońce już dawno odpuściło sobie codziennie obowiązki na tej półkuli i postanowiło zmienić lokalizację na drugą stronę świata. Wraz ze zmierzchem, reflektory nadjeżdżających z naprzeciwka stawały się coraz bardziej uciążliwe. Niczym niekończąca się szarańcza na czterech kołach.

Byli zmęczeni. Dzień jakby przeszedł w stan zawieszenia i nie chciał się skończyć. Praca, praca, wciąż praca. Eryk ciągle był w pracy. Nawet, gdy miał wolne, jego myśli wędrowały do rzeczy „zrobionych” i „do zrobienia”. Dlatego tak uwielbiali wspólne podróżowanie. To był ich sprawdzony sposób na zerwanie łańcuchów rzeczywistości. Nowe miejsca, nowi ludzie, nowi Oni. Wypoczęci, po myśleniowym liftingu i energetycznym botoksie. Wtedy czuli, że mogą wszystko, że wystarczy jedno pchnięcie, a drzwi nieskończonych możliwości same się przed nimi otworzą.

Tematy do rozmów nigdy im się nie kończyły. Choć byli ze sobą już tyle lat, to nadal uwielbiali spędzać ze sobą czas. Niezależnie od okoliczności w jakich się znajdywali. Zresztą jazda samochodem zawsze im sprzyjała do poruszania kwestii także tych „niecodziennych”. O fantazjach, czy mają zostać jedynie fantazjami czy jednak odważą się na wcielenie je w życie. O pewnych niedopowiedzeniach z przeszłości, które wcześniej przeistoczyły się w szklany mur między nimi. O swych erotycznych planach i przyszłych „randkach”. O…

Musieli się zatrzymać. Tu i teraz. Jak najszybciej. Wypowiadane słowa podnieciły ich tak bardzo, że zaspokojenie musiało przyjść natychmiast. Szukali jakiegoś pobocza. Miejsca, które ukryje ich przed wścibskimi spojrzeniami innych. Ale ich pożądanie było tak ogromne, że mogliby się zatrzymać nawet na środku drogi. Po prostu włączyć światła awaryjne i kochać się szybko i łapczywie. Ale jak na zamówienie przed nimi pojawiła się boczna, mało uczęszczana droga. Skręcili gwałtownie, a drzewa jakby rozstąpiły się przed nimi szykując miejsce na cielesne igraszki.

Wysiądźmy – powiedział Eryk.

Orzeźwiające powietrze musnęło ich twarze niczym delikatny i jednocześnie stanowczy pocałunek.

Oprzyj się o maskę – rozkazał

Zsunął okalające jej nogi rajstopy i podwinął sukienkę. Wszedł w Nią, przyciskając lekko do chłodnej maski. Jego biodra nadawały rytm ich zespolenia. Byli sami. Byli jednością. Ich towarzyszem był jedynie szum liści układający akompaniament do ich miłosnego aktu. Możliwość wykrzyczenia swojej rozkoszy była dla Luizy niczym oczyszczenie. Umysłu, ciała i serca. Tak bardzo lubiła Mu się oddawać, zaspokajać Go swoim wnętrzem, być na Jego wyłączność…

Wypełnił Ją, uzupełniając chwilowy niedobór miłości fizycznej. Bo duchowa nie znikała nigdy. Wszak byli jednym umysłem i jednym ciałem. Zawsze.

Tekst: Luiza

Swinguj z Nami na:

Facebook

Google +