ZBIORNIK JAK FACEBOOK

Chodź pokażę Ci kim jestem i jak lubię się bawić. Wejdź na mój profil, a przy okazji zobaczysz, jak mieszkam, żyję i gdzie jeżdżę na wakacje. No chodź, zobaczysz jak będzie fajnie…

Często jestem na Zbiorniku. No dobra – jestem codziennie, choć i tam nie tak dawno spotkała mnie  blokada, co notorycznie mi się również zdarza na Facebooku. Bo tak naprawdę obydwa te portale mają ze sobą wiele wspólnego i mam wrażenie, że niektórzy uczestnicy internetowej rzeczywistości w ogóle tych stron od siebie nie odróżniają i traktują Zbiornik jak Facebook.

Wystarczy wejść na stronę logowania owej grzesznej strony dla swingersów, aby zobaczyć jak jej kolorystyka oraz interfejs są podobne do strony Wielkiego Brata Marka Zuckerberga. Wszystko po to, aby osoby postronne lubiące zaglądać komuś przez ramię, były przekonane o niewinności logującego się. Zbiornik? Jaki Zbiornik? Przecież to Facebook! I wizerunkowy kryzys zażegnany.

Kim jestem, co robię

Przeglądając niedawno profile nowo zarejestrowanych par, moją uwagę przykuła pewna beztroska jednej z nich. Zdjęcia w domu i przed domem. W sypialni i w ogródku. W kuchni i łazience. Gdybym chciała zrobić wnikliwą analizę, bez problemu mogłabym zrobić nawet rzut techniczny ich lokum oraz dowiedzieć się w jakim proszku piorą i jakie produkty spożywcze należą do ich ulubionych. Wszystkie zdjęcia oczywiście z widocznymi twarzami, aby nie było wątpliwości do kogo te piękne włości należą.

Kilka lat na Zbiorniku natrafiłam na profil swojego dawnego kolegi z pracy. Wszyscy dookoła podejrzewali, że jest albo biseksualny czy homoseksualny. On na temat swojej orientacji nie mówił otwarcie, bo niby czemu by miał. Wszak seksualność to prywatna i intymna sprawa. Ale, właśnie przeglądając nowości Zbiornikowe, natrafiłam na jego zdjęcie. Nie, nie poznałam go po penisie, gdyż jego męskiego interesu nie widziałam, ale wyłapałam go od razu, gdyż jego zdjęcie profilowe było identyczne z tym co miał zamieszczone na Facebooku. Zresztą nie tylko te zdjęcie się dublowało – pozostałe również. Zaś opis w statusie spragniony gnata, nie pozostawiał już żadnych wątpliwości, co do jego oczekiwań.

Źródło niekończących się inspiracji

Zbiornik to kopalnia inspiracji do nowych wpisów. Kiedy czuję, że czasami wena mnie opuszcza, zaglądam na portal i po kilku minutach pomysł na tekst pojawia się sam. Kontynuując jeszcze wątek zdjęć. Uwielbiam fotki pstryknięte na jakichś rodzinnych uroczystościach. Zwłaszcza, gdy w tle widać babcię pałaszującą ciasto albo wujka wlewającego w siebie kolejny kieliszek czystej – to po prostu klasyk. Zdjęcia z domowymi pupilami to też standard. Od razu uspokajam – o żadnej zoofilii tu nie piszemy, ale chodzi o zwyczajne zdjęcia z domowych albumów. Z Erykiem również byliśmy właścicielami czworonoga, ale nigdy do głowy by nam nie przyszło, aby wrzucać jego fotę na Zbiornik. Owszem zachowywał się czasem, jak natrętny singiel, który chciał zostać wpuszczony do sypialni, kiedy się bawiliśmy, ale raczej osobnej galerii mu nie założyliśmy. 

To już jest przesada

Ostatnio, jedna rzecz mnie mocno zirytowała. Otóż jeden z panów, postanowił na pierwsze zdjęcie w swoim zbiornikowym portfolio, wybrać to zrobione z kilkuletnią córką na spacerze.

No kurwa, serio? To jest słabe do potęgi. Ja rozumiem, że życie rodzinne jest ważne, ale nie na takiej stronie. To powinno być wręcz zabronione, bo jakim prawem, ktoś wykorzystuje wizerunek dziecka do budowania swojej wiarygodności. Córka jako wabik? Że niby taki czuły i troskliwy, to panny na niego polecą? Pozostawię to bez dalszego komentarza, gdyż inaczej musiałabym użyć bardzo niecenzuralnych słów.

Znać umiar

Zarówno w życiu prywatnym oficjalnym, jak i tym nieoficjalnym – mocno miarkuję materiały udostępniane w sieci. Na swoim cywilnym Facebooku też nie wrzucam zdjęć z imprez ani z urlopu, informując przy tym potencjalnych włamywaczy, że chata stoi wolna. Nie mam potrzeby social mediowego ekshibicjonizmu, choć zdjęcia na naszym zbiornikowym profilu zdecydowanie do grzecznych nie należą. Z tą różnicą, że wspominane fotografie eksponują naszą cielesność, a nie zawodową czy rodzinną codzienność.

Zbiornik jak Facebook – wszystko o tobie powie. Tak naprawdę hasło prywatność w sieci obecnie stało się jedynie pustym sloganem. Ale wciąż to my w głównej mierze decydujemy co, jak i kiedy publikujemy w sieci. Dlatego warto pamiętać o zasadzie, że to co raz zostanie wrzucone do internetu, w nim już na zawsze pozostanie. I córka, która teraz jest dzieckiem, jako dorosła kobieta będzie mogła przez przypadek zobaczyć swoją fotkę udostępnioną niegdyś przez tatusia, który po prostu chciał się zabawić. Nie brzmi to dobrze, prawda?

Tekst: Luiza

PRZECZYTAJ: http://swingwithme.pl/o-zbiornikowej-spolecznosci-slow-kilka/