Swing zaczyna się najczęściej od jednej rozmowy. Jedno z Was ma fantazję, pojawia się ciekawość, może podczas seksu pada niewinne „a co, gdyby…”, a później ta myśl zaczyna wracać. Czasem przez kilka tygodni, czasem przez kilka lat. I właśnie tutaj pojawia się pierwsza rzecz, o której warto powiedzieć bardzo jasno – nie da się nikogo namówić na swing.
Dostaję białej gorączki, kiedy ktoś pisze do nas „jak namówić żonę na swing” albo „jak mam przekonać partnera do trójkąta?”. No nie da się, po prostu się nie da. Można rozpocząć rozmowę, powiedzieć o swojej fantazji, opowiedzieć, co nas ciekawi, ale nie można zrobić z partnera/ki człowieka do przekonania. Owszem, ktoś z Was musi zacząć tę rozmowę i wiem, że to potrafi być cholernie trudne, bo przecież nie wiemy, co usłyszymy w odpowiedzi. Możemy dostać entuzjastyczne „ja też o tym myślałam”, ale możemy również usłyszeć „nie chcę”, „boję się”, „nie rozumiem, po co nam to” albo po prostu „nie wiem”. Każda z tych odpowiedzi zasługuje na przestrzeń.
Nie oznacza to, że pierwsze „nie” musi być końcem rozmowy. Potrzeba czasu, żeby oswoić temat, zrozumieć własne emocje i przede wszystkim przekonać się, że wizja partnera nie oznacza automatycznie, że jest się dla niego niewystarczającą/ym. Możemy wrócić do rozmowy, zadawać pytania, powiedzieć, czego sami się boimy. Możemy wspólnie zastanowić się, czy w ogóle chcemy zrobić jakiś krok. Ale jest zasadnicza różnica między rozmową a naciskiem.
Rozmowa daje przestrzeń na odpowiedź. Nacisk zakłada, że odpowiedź powinna być taka, jakiej oczekujemy.
Dlatego zasada jest prosta: jeśli jedno nie chce, drugie nie zmusza. Nie obraża się, nie szantażuje emocjonalnie, nie sugeruje, że odmowa jest dowodem braku miłości, nie wypomina, że „dla mnie nigdy nic nie zrobisz” i nie próbuje wzbudzać zazdrości tylko po to, żeby druga osoba w końcu się zgodziła. Jeśli ktoś musi zostać przekonany do seksu z inną osobą, to być może nie jest jeszcze moment na seks z inną osobą.
„Zrobię to dla Ciebie” może później bardzo dużo kosztować
Czasem zgadzamy się nie dlatego, że naprawdę mamy ochotę, tylko dlatego, że kochamy kogoś tak mocno, że chcemy sprawić mu przyjemność, nawet wbrew sobie. Boimy się, że będzie rozczarowany. Boimy się, że zacznie szukać kogoś bardziej otwartego. Wydaje nam się, że skoro dla niego to takie ważne, powinniśmy spróbować. I rzeczywiście możemy wejść w tę sytuację, czerpać z niej przyjemność, flirtować, być podnieceni, a jednocześnie mieć gdzieś głęboko w sobie poczucie, że robimy coś bardziej dla niego niż dla siebie.
Problem może pojawić się dopiero później, kiedy emocje opadną.
Dlatego przed pierwszym doświadczeniem warto zadać sobie jedno niewygodne pytanie: czy ja naprawdę tego chcę, czy tylko chcę, żeby mój partner był szczęśliwy? To nie jest to samo.
Jeżeli odpowiedź brzmi „nie wiem”, nie trzeba natychmiast podejmować decyzji. „Nie wiem” jest pełnoprawną odpowiedzią. Można potrzebować czasu. Można zacząć od fantazjowania, rozmów, flirtu bez dotyku, wspólnego poznawania ludzi. Można sprawdzać własne reakcje małymi krokami, zamiast od razu wskakiwać na głęboką wodę. Można również dojść do wniosku, że jednak nie chcemy.
I to też jest w porządku.
Kiedy ekscytacja wyprzedza głowę
Kiedy poznaliśmy z Erykiem smak swingu, zaczynając od berlińskich klubów, chyba nie do końca wiedzieliśmy jeszcze, co właściwie otworzyliśmy. Pamiętam tę pierwszą fascynację czymś dzikim, nowym i nieokiełznanym. Była w tym drapieżność, której wcześniej nie znaliśmy, ciekawość ukrytych fantazji i to niezwykłe poczucie, że właśnie uchyliliśmy drzwi do kawałka własnej seksualności, którego być może przez lata nawet nie dotykaliśmy. I jak to z nowością bywa, chcieliśmy więcej. Na początku najchętniej jeździlibyśmy do Berlina co weekend, bo po jednym doświadczeniu pojawiała się ochota na kolejne, a po kolejnym następne. To było niesamowicie ekscytujące. I właśnie dlatego tak łatwo było się w tym zatracić.
Nie daliśmy sobie wtedy wystarczająco dużo czasu na oswojenie tego, co było nowe, dzikie i nieokiełznane. Dzisiaj wiem, że było w tym coś wręcz uzależniającego, bowiem ciało i głowa zaczynały upominać się o kolejną dawkę emocji, adrenaliny, ciekawości i tego charakterystycznego napięcia, które pojawia się przed czymś nieznanym. Człowiek chce jeszcze raz poczuć ten dreszcz, jeszcze raz zobaczyć, co się wydarzy, jeszcze raz przekroczyć granicę, którą dopiero co odważył się przesunąć.
Oczywiście, rozmawialiśmy ze sobą. Dużo. Naprawdę dużo. Tylko że dzisiaj wiem, że sama rozmowa, nawet najbardziej szczera, nie zawsze wystarcza, kiedy właśnie przekracza się tak ważną granicę. Można powiedzieć sobie „było świetnie”, można opowiedzieć, co nas podnieciło, co zaskoczyło, co chcielibyśmy powtórzyć, a mimo to potrzebować jeszcze kilku dni czy tygodni, żeby naprawdę zrozumieć, co się w nas wydarzyło. Ciało może być zachwycone, głowa może być pełna nowych obrazów, a emocje dopiero próbują znaleźć swoje miejsce. I chyba właśnie tego czasu na początku zabrakło nam najbardziej.
Przekroczenie granicy, nawet tej, którą sami chcieliśmy przekroczyć, nie oznacza automatycznie, że wszystko, co wydarzyło się po drugiej stronie, jest dla nas łatwe do przyjęcia. Możemy czegoś bardzo pragnąć, a kiedy fantazja staje się rzeczywistością, odkryć emocje, których kompletnie się nie spodziewaliśmy. Możemy być podnieceni i jednocześnie zazdrośni. Możemy czuć dumę z partnera i równocześnie ukłuć się czymś, czego nie potrafimy jeszcze nazwać. Możemy mieć ochotę zrobić to ponownie, ale potrzebować chwili, żeby poukładać sobie w głowie poprzednie doświadczenie.
Wierzcie mi, u nas nie zawsze było tak, że wszystko od razu było łatwe do zaakceptowania.
To ważne, bo w rozmowach o swingu bardzo łatwo stworzyć obraz pary, która po prostu otwiera drzwi i od tej chwili wszystko jest piękne, lekkie, podniecające i pozbawione trudnych emocji. A przecież tak to nie działa. Możemy być pewni swojego partnera, kochać go, ufać mu i jednocześnie poczuć coś, czego się po sobie nie spodziewaliśmy. Możemy mieć ustalone zasady i odkryć, że jakaś sytuacja dotknęła nas mocniej, niż zakładaliśmy. Możemy przed wyjazdem powiedzieć „będzie super”, a następnego dnia siedzieć przy kawie i zastanawiać się, dlaczego właściwie coś tak bardzo nas poruszyło.
Dlatego dzisiaj powiedziałabym każdej parze, która właśnie odkrywa tę przestrzeń: nie spieszcie się z kolejnym krokiem, tylko dlatego, że pierwszy był ekscytujący. Dajcie sobie czas. Nie tylko na kolejną imprezę, ale przede wszystkim na siebie po tej imprezie. Zobaczcie, co zostało w Was następnego dnia, kiedy adrenalina już opadnie. Porozmawiajcie nie tylko o tym, co było podniecające, ale również o tym, co zabolało, zaskoczyło, przestraszyło albo wywołało nieoczekiwaną zazdrość.
Nie musicie natychmiast podejmować decyzji, czy chcecie to powtórzyć. Możecie przez chwilę po prostu pobyć z tym, co się wydarzyło.
Bo czasem dopiero po opadnięciu emocji jesteśmy w stanie odpowiedzieć sobie uczciwie na pytanie: czy to naprawdę było dobre dla mnie i dla nas?
Nie każda emocja oznacza, że trzeba od razu odpuścić
Ważne jest też, żeby nie traktować każdej trudnej emocji jako dowodu, że swing jest zły dla naszego związku. Zazdrość, niepewność czy chwilowy dyskomfort nie muszą oznaczać, że przekroczyliśmy granicę, której nie powinniśmy byli przekraczać. Czasem są po prostu informacją, że dotknęliśmy czegoś nowego.
Warto nauczyć się rozróżniać „to jest dla mnie trudne” od „to jest dla mnie nie do zaakceptowania”.
To pierwsze może być początkiem rozmowy. To drugie może być sygnałem STOP.
Jeżeli po spotkaniu czuję ukłucie zazdrości, ale potrafię o nim powiedzieć, partner mnie słucha, nie wyśmiewa i wspólnie zastanawiamy się, skąd ta emocja przyszła, być może właśnie uczymy się siebie na nowo. Jeżeli natomiast przez kilka kolejnych dni nie potrafię przestać płakać, analizuję każde spojrzenie partnera, zaczynam go kontrolować, tracę poczucie własnej wartości albo czuję, że zgodziłam się na coś, czego wcale nie chciałam, nie ma sensu udawać, że „tak wygląda swing” i trzeba się do tego przyzwyczaić.
Nie trzeba się przyzwyczajać do cierpienia.
Kiedy jedno z Was zaczyna chcieć więcej
Kolejny trudny moment pojawia się wtedy, kiedy potrzeby zaczynają się rozjeżdżać. Na początku oboje jesteście ciekawi, potem jedno z Was zaczyna coraz bardziej wsiąkać w tę formę seksualności, a drugie nagle orientuje się, że nie ma już takiej potrzeby jak wcześniej. Bardzo łatwo wpaść w pułapkę: „Ale przecież wcześniej Ci się podobało”. Owszem. Wcześniej.
Ludzie się zmieniają, związki się zmieniają, zmieniają się też nasze potrzeby seksualne. To, że kiedyś mieliśmy ochotę na coś co tydzień, nie oznacza, że dzisiaj musimy mieć ją równie często. Możemy potrzebować przerwy, większej bliskości, spokojniejszego tempa albo po prostu czasu tylko dla siebie.
My również mieliśmy moment, w którym musieliśmy powiedzieć sobie „basta”, kiedy z Erykiem trochę za bardzo zagalopowaliśmy się w jeżdżeniu od imprezy do imprezy. Oczywiście, swingowanie nie należy do tanich rozrywek i koszty również zaczęły być czymś, co trzeba było brać pod uwagę, ale pieniądze nie były najważniejszym problemem. Złapaliśmy się na czymś znacznie bardziej istotnym: coraz częściej byliśmy w drodze po to, żeby spotkać się z kimś, niż po prostu po to, żeby pobyć ze sobą. I to już było dla nas niebezpieczne.
Bo swing miał być czymś, co dodajemy do naszego związku, a nie czymś, co zaczyna zabierać nam samych siebie. Można tak bardzo polubić emocje, flirt, nowe osoby, oczekiwanie na kolejne spotkanie i tę niepowtarzalną adrenalinę, że zwykły wieczór we dwoje zaczyna wydawać się mało ekscytujący. A przecież związek nie może żyć wyłącznie intensywnością.
Potrzebuje też zwyczajności: wspólnego śniadania, leniwego wieczoru, seksu tylko we dwoje, rozmowy bez żadnego planu na kolejną imprezę. Momentów, kiedy nikt na nas nie patrzy i niczego nie musimy udowadniać.
Dlatego wówczas powiedzieliśmy sobie STOP. Nie dlatego, że przestaliśmy lubić swing. Właśnie dlatego, że go lubiliśmy i nie chcieliśmy pozwolić, żeby coś, co miało być przyjemnością, zaczęło zabierać przestrzeń naszej relacji.
Jak rozpoznać, że potrzebujecie zwolnić?
Nie zawsze pojawia się wielki kryzys. Częściej są to drobne sygnały, które łatwo zignorować. Jedno z Was zaczyna jeździć na imprezy bardziej dla samej imprezy niż dla wspólnego doświadczenia. Pojawia się zmęczenie, ale mimo to umawiacie kolejne spotkania. Zaczynacie mieć więcej rozmów o tym, z kim się spotkacie, niż o tym, jak się czujecie. Jedno z Was coraz częściej mówi „nie mam ochoty”, ale zgadza się, żeby nie sprawić drugiemu przykrości. Zamiast ekscytacji pojawia się obowiązek.
To są momenty, w których warto zwolnić.
Nie trzeba od razu kończyć. Nie trzeba składać wielkich deklaracji. Czasem wystarczy powiedzieć: „Zatrzymajmy się na chwilę i zobaczmy, gdzie właściwie jesteśmy”.
Może się okazać, że potrzebujecie tylko odpoczynku. Może potrzebujecie kilku tygodni bez imprez, więcej seksu tylko we dwoje albo rozmowy, której od dawna odkładaliście. A może okaże się, że jedno z Was już naprawdę nie chce wracać. Wówczas trzeba mieć odwagę to powiedzieć.
Przerwa nie oznacza, że wypadliście z obiegu
To, że zrobicie sobie świadomą przerwę od swingu albo przerwę wynikającą z przyczyn wyższych, nie oznacza, że już nie wrócicie do tego klimatu, bo „wypadliście z obiegu”. Wrócicie, jeżeli będziecie chcieli i kiedy będziecie na to gotowi.
Na portalach swingerskich są różne dziwne rankingi, punkty przyznawane za aktywność, liczby znajomych i inne sposoby mierzenia tego, kto jest bardziej, a kto mniej aktywny. Tylko czy naprawdę na takich punktach Wam zależy? Jeżeli strach przed wypadnięciem z obiegu jest głównym powodem, dla którego jedziecie na kolejną imprezę, to faktycznie może lepiej odpuścić.
Swing nie jest wyścigiem.
Możecie zniknąć na miesiąc, pół roku albo kilka lat. Możecie wrócić i zacząć od nowa, z innymi granicami, innymi potrzebami i inną świadomością. Możecie też nie wrócić wcale. I żadna z tych decyzji nie jest porażką.
Najważniejsze pytanie
Dlatego kiedy zastanawiacie się, czy zrobić kolejny krok, zrobić sobie przerwę albo całkowicie odpuścić, nie pytajcie wyłącznie: „Czy nadal lubimy swing?”.
Zapytajcie siebie: czy nadal jesteśmy w tym razem?
Czy oboje czujemy ciekawość, czy jedno z nas tylko dotrzymuje kroku drugiemu? Czy potrafimy powiedzieć „nie” bez poczucia winy? Czy umiemy rozmawiać o trudnych emocjach, zanim zamienią się w pretensje? Czy nadal mamy ochotę na siebie bez obecności innych ludzi? Czy swing daje nam więcej bliskości, czy zaczyna nam ją zabierać?
I przede wszystkim – czy nadal pamiętamy, że najważniejszą osobą w tej całej historii jest człowiek, z którym wracamy do domu?
Bo można poznać dziesiątki ludzi, przeżyć mnóstwo fantazji i mieć w głowie setki pięknych wspomnień. Można kochać flirt, dotyk, napięcie i tę cudowną chwilę, kiedy spojrzenie mówi znacznie więcej niż słowa. Ale jeśli w pewnym momencie okazuje się, że częściej jedziemy do kogoś niż wracamy do siebie, warto się zatrzymać.
Nie dlatego, że swing jest zły. Tylko dlatego, że swing nie jest wart utraty związku.
P.S. Niebawem kolejne części tego tematu.
Tekst: Luiza
PRZECZYTAJ: https://swingwithme.pl/prawdziwe-pytania-przychodza-pozniej/
___
Teraz Twoja kolej! Dołącz do naszej swingerskiej społeczności!
Facebook: https://www.facebook.com/SwingWithMeBlog/
Grupa na FB: https://www.facebook.com/groups/164573377243615
Discord: https://discord.gg/sthJtZnXfZ
Instagram: https://www.instagram.com/swingwithme_blog/
TikTok: https://www.tiktok.com/@swing.with.me.blog
Zbiornik: https://zbiornik.com/Swing_with_me_blog
Newsletter: https://swingwithme.pl/newsletter/
___
Jeżeli masz ochotę wspierać nas w tym, co robimy – to możesz zrobić to tutaj:
Dziękujemy!
