NAS JEDNAK NIE BĘDZIE

Wyczekiwanie, ekscytacja, przygotowanie. Wszystko dopięte na ostatni guzik. Jeszcze tylko jedno pociągnięcie szminki na ustach, jeszcze tylko skropienie ciała perfumami przeznaczonymi wyłącznie na specjalnie okazje, jeszcze tylko…

Co z nami jest nie tak?

I nagle rozbrzmiewa telefon sygnalizując nadejście wiadomości. Zaciekawieni wczytujecie się w treść, która okazuje się być bardzo krótka i zwięzła – Wybaczcie, ale nas jednak nie będzie. I co teraz? Przecież tak dobrze zapowiadający się wieczór nie może się zmarnować…

Będąc nowicjuszami w swingerskim świecie, na początku przejmowaliśmy się takimi sytuacjami. Zastanawialiśmy się czy może z nami jest coś nie tak skoro ludzie w ostatniej chwili wycofują się z „randki” z nami. Gdzie popełniamy błąd? – wspólnie zadawaliśmy sobie to pytanie.

Swingerska statystyka

Dziś wiemy, że żadnego błędu z naszej strony nie było. Po prostu – ludzie tak mają. Często są odważni wyłącznie w świecie wirtualnym, a gdy znajomość ma się przenieść do świata realnego – wycofują się. Kiedyś nas to wkurzało, ale teraz wolimy aby do spotkania nie doszło niż w jego trakcie miałaby panować niezręczna sytuacja. W końcu nie po to mamy się spotkać, aby chwilę potem szukać jak najszybszej ucieczki. Można nawet uśrednić, że na dziesięć umówionych spotkań dojdzie może do trzech czy czterech.

Nasze „przypadki”

Pamiętam, gdy jakiś czas temu umówiliśmy się z pewną parą, młodszą od nas o kilka lat. Na dworze wiało, padało – w skrócie pogoda była taka, że nic tylko zakopać się pod koc z gorącą herbatą i spędzić wieczór tylko we dwoje oglądając ciekawy film. Ale tak już mamy, że jakby powiedział mój mąż – z gęby cholewy nie robimy i jak się umawiamy, to jesteśmy. I tak czekamy na naszych towarzyszy i czekamy. Mija 10, 15, 30 minut… I nic. Ani smsa, ani wiadomości zostawionej na Zbiorniku. Na następny dzień napisali, że nie dojechali, bo wyskoczył im na drogę łoś. Nie jeleń, nie sarna, tylko łoś we własnej osobie.

Inny przykład – tym razem związany z singlem. Na dwie godziny przed spotkaniem zadzwonił do nas, że też nie dotrze, bo jego rodzice dosłownie przed chwilą mieli wypadek, ale że zwróci nam koszty związane z wynajęciem apartamentu. Chyba pieniądze wysyłał gołębiem pocztowym, bowiem do tej pory nie dotarły. Nie kwestionujemy prawdziwości jego wymówki, ale późniejsze jego zachowanie świadczyło, że to jednak była ściema.

Blogerów nie chcemy!

Nie tak dawno mieliśmy też nieco inną sytuację. Chcieliśmy uczestniczyć w pewnej imprezie nad morzem na kilkanaście par. Pomyśleliśmy sobie – czemu nie? Aż tak daleko nie mamy, a zapowiada się niezłe wydarzenie. Wpłaciliśmy połowę ceny, lecz na kilka dni przed imprezą dostaliśmy od organizatorów wiadomość, że nie jesteśmy mile widzianymi gośćmi, bo… prowadzimy bloga. Refleks godny szachisty zwłaszcza, że od samego początku prowadziliśmy z nimi korespondencję na Zbiorniku z naszego blogowego konta, niczego nie ukrywając ani nie udając kogoś kim nie byliśmy. Mało tego, oni jeszcze stawiali nam warunki, że przed tym wypadem nad morze, mamy potwierdzić swoją wiarygodność przyjeżdżając do nich na drugi koniec Polski. Taaakkkk… Nie mamy nic innego do roboty tylko rozbijać się po całym kraju, udowadniając swoją prawdziwość. Uwielbiamy poznawać nowych ludzi, ale nie jak ktoś nam coś nakazuje. Tak to nie działa. Zresztą jak później pisały do nas osoby biorące udział w tymże wydarzeniu – nie mieliśmy czego żałować, gdyż więcej było szumu aniżeli efektu.

Spontaniczność lepsza niż planowanie

Zresztą niczego nie żałujemy. I nawet jak dostajemy wiadomość w stylu nas jednak nie będzie nie pozwalamy, aby wieczór poszedł na stracenie. Wychodzimy z domu, eksplorując nocne oblicze miasta i nieraz już się zdarzyło, że taka spontaniczność zaowocowała zabawą do białego rana i to nie tylko we własnym gronie 😉

Tekst: Luiza

PRZECZYTAJ: http://swingwithme.pl/czy-to-kiedys-minie/