RAVE THE PLANET. DOBRZE BYŁO WRÓCIĆ

To była znów totalnie spontaniczna decyzja, bo nie wiem jak cudem umknęła nam informacja, że po tylu latach do Berlina wraca Love Parade, tylko w nieco odmiennym wydaniu – Rave The Planet. Szybka reorganizacja weekendowych planów i po chwili mknęliśmy busem po niemieckiej autostradzie.

Jak za dawnych lat

Napiszę tak – dobrze było wrócić, bo ostatni razem byliśmy tam w… 2006 roku. To była impreza, którą pamiętamy z naszych jakże pięknych, młodzieńczych lat, kiedy głowa była wypełniona była cudownymi ideami o wspaniałym świecie i możliwościami, jakie cały wszechświat ma do zaoferowania. Cóż to były za czasy, gdy człowiek jeszcze był taki niewinny i dopiero eksplorował tajemnicze zakątki duszy oraz umysłu, a odrobina nagości zobaczona na ulicy wywoływała rumieniec zawstydzenia…

Dziś, po tylu latach smakowania różnych seksualnych doświadczeń, Rave The Planet w żaden sposób nie szokował. Po prostu chłonęliśmy atmosferę swobody i radości. Pod kątem klimatu Love Parade, to taki nasz Pol`and`Rock, dokąd ludzie przyjeżdżają po dobre brzmienia i niezwykłą zabawę. Wiadomo, każdy bawi się jak lubi, a my z Erykiem odpaliliśmy wrotki i delektowaliśmy się elektronicznymi beat`ami serwowanych z mobilnych platform.

Zresztą niepowtarzalny urok osobisty mojego męża (a co, będę się nim chwalić, bo świetny z niego facet) sprawiał, że co chwilę ktoś do nas podchodził, zagadywał, dołączał do nas w tańcu. Cudownie było wyłączyć myślenie i totalnie wrzucić na luz. Cofnąć się do beztroskich lat absolutnego zakochania i bezgranicznej ciekawości – miejsc, ludzi, historii.

To już koniec?

Niestety, nasze usatysfakcjonowanie jednak nie było pełne. Zakończenie imprezy zaplanowane było na godzinę 22 przy Kolumnie Zwycięstwa. Tam, jeden z założycieli imprezy Dr. Motte wraz z występującymi dj`ami miał wygłosić manifest, którego głównym hasłem było „Make friends not war”, oczywiście w odniesieniu do wojennej sytuacji wciąż panującej u naszych wschodnich sąsiadów.

Ale do wielkiego finału nie doszło. Gdy byliśmy w drodze do kolumny Siegessaule, około 21.00 nagle impreza… zatrzymała się. Z platform przestała grać muzyka i nikt nie wiedział o co chodzi. Ludzie zaczęli odpalać muzę z własnych głośników i na tym się skończyło. Do tej pory nie ma oficjalnego komunikatu na temat przerwania wydarzenia. Ponadto, policja zablokowała przejście od Bramy Branderburskiej w kierunku miejsca finału, zaś stacja metra przy Bramie linii 55 również została przez służby zamknięte. Według nieoficjalnych doniesień, policja zdecydowała się na nagłe zamknięcie imprezy z powodu niespodziewanej liczby uczestników. Ponoć, Love Parade zakładała udział 30 tysięcy ludzi, a było dziesięć razy więcej. No cóż, może wkrótce się dowiemy, co naprawdę się wydarzyło, albo inaczej – co mogło się wydarzyć.

Mimo wszystko, warto było tam być. Z pewnością fajnym akcentem była osobna polska platforma, przy której nie brakowało tłumu bawiących się ludzi. Owszem, czujemy niedosyt, że nie wszystko zakończyło się zgodnie z planem. Ale chyba większa nam towarzyszyła radość, że po tylu latach impreza powróciła. Zresztą dla nas ten wieczór jeszcze wtedy się nie skończył, lecz o tym przeczytacie niebawem…

Tekst: Luiza

PRZECZYTAJ: https://swingwithme.pl/kto-nauczy-mojego-meza-jak-mnie-oddac/

Niech inni też się o nas dowiedzą :)