DLACZEGO MNIE „TAM” NIE CAŁUJESZ?

6137-001122Droga Luizo,

piszę w sprawie zapewne pozornie trywialnej. Czytam Waszego bloga i cieszy mnie Wasza otwartość w kwestii korespondencji z innymi internautami, dlatego postanowiłam się do Ciebie zwrócić z moim problemem. Ostrzegam – piszę rozlegle.

Dlaczego sprawę mam za pozornie trywialną? Bo dotyczy zaledwie wąskiej dziedziny seksu, którego ogólnie z partnerem nam nie brakuje, a nadto jest on, moim zdaniem, mężczyzną zdolnym w sztuce ars amandi i generalnie skupionym na tym, bym przeżywała orgazmy. I znów skupię się na semantyce w uprzednim zdaniu, bo „generalnie” nie znalazło się tu przypadkowo – jak chyba u większości kobiet, najlepszym z orgazmów jest u mnie orgazm łechtaczkowy. I dupa blada, na palcach jednej ręki mogę policzyć te (łechtaczkowe) dane mi przez partnera w tym roku, a gdybym zebrała jeszcze ze dwie osoby, na palcach wszystkich rąk hipotetycznej „trójcy” mogłabym liczyć te dane mi w ogóle. Co gorsza wcale nie dlatego, że ukochany stara się mnie zaspokoić, ale nie może. Nie, nie stara się – nie zabiera się za seks oralny niemal wcale. Nim napiszę dalej o moich refleksjach, czuję, że warto pokrótce „zarysować” nasze profile.

 

Jesteśmy parą rówieśników z przeszło 7-letnim stażem (a od 3 lat małżeństwem). Dziewictwo straciłam właśnie z nim, zaraz przed 20 rokiem życia, a żaden poprzedni mężczyzna nie pieścił mnie w jakikolwiek sposób (ba, zaledwie z dwoma innymi się całowałam). Nasz pierwszy raz był przeżyciem dla mnie pięknym (i śmiem twierdzić, że i on wspaniale go wspomina), niewiele wcześniej rozpoczęliśmy wspólne pieszczoty, ale chciałam tego w 100% – i jego, i seksu. Stało się to mniej więcej po pół roku, odkąd zaczęliśmy ze sobą być. I żadne ociąganie nie wynika bynajmniej z dewocji którejkolwiek ze stron, bo jest to nam obce, naprawdę. Chyba po prostu lubiliśmy się smakować krok po kroku, do granic możliwości budować napięcie. Brzmi fajnie, prawda? To on pierwszy obdarzył mnie pieszczotą oralną, choć nie była to niespodzianka, gdyż zapowiadał się z intencją, świntusząc w rozmowach ze mną przed spotkaniem. Było wspaniale. Nie, nie doszłam wtedy i nim się udało, zajęło to kilka prób, ale każda była cudowna – chyba po prostu musiałam się trochę oswoić z mnogością doznań. Moje sfery erogenne są bardzo wrażliwe, dlatego nawet niewinne pocałunki w szyję potrafiły mnie, na początku naszego związku, niemal zwalić z nóg, a co dopiero takie zabawy. Ale wracając do sztuki robienia minetki (po której to zresztą nastąpiło pierwsze pełne zbliżenie), po kilku często ponawianych i wspaniałych próbach odczułam geniusz orgazmu łechtaczkowego, dużo intensywniejszego niż ten, gdy sama się zaspokajałam dłonią. Mniej więcej paralelnie zaczęłam dochodzić również pochwowo i choć do dziś nie mam z tym problemu, chyba nie muszę pisać, którą z form orgazmu preferuję.

 

Choć nie od początku umiałam robić fellatio, bardzo szybko polubiłam zaspokajać lub rozgrzewać tak przed stosunkiem mojego ukochanego. Myślę, że jestem w tym dla niego całkiem dobra, bo będąc posłuszna jego preferencjom, zaspokajam go niemal zawsze. I bardzo lubię to robić, zazwyczaj sama z siebie zaczynam tę formę pieszczot. Obopólne uprawianie miłości francuskiej zaczęliśmy w sumie równolegle. Mój mężczyzna mnie zniewala, to nie dziwne. Szaleję na jego punkcie, a gdy dochodzi do zbliżeń, nie mogę oderwać od niego wzroku, a co dopiero gdy go zaspokajam, gdy już drży i dochodzi – uwielbiam wtedy go obserwować i smakować. W ten sposób czuję niejako, jakbym składała hołd jego męskości i bynajmniej nie czuję się upokorzona – wręcz przeciwnie, raz ja gloryfikuję jego, innym razem sama chciałabym, by dawał mi rozkosz.

 

Tymczasem, przy moim silnym libido, częstotliwość minetek zaczęła niebezpiecznie maleć już po miesiącu od naszego pierwszego stosunku i tak jest do dziś… Trochę paradoks – sam zaczął, sam niemal zupełnie ograniczył. I wyłączmy kwestię zapachu, smaku czy chorób – każda rozsądna kobieta dba o higienę, toż to inaczej się nie da. Badam się regularnie, a jeżeli o smak i zapachowe wrażenia chodzi, mój mężczyzna wiele razy mi mówił, gdy jeszcze często to robił (lub gdy czasem zabierze się jednak za minetkę), że uwielbia zarówno mój smak, jak i zapach. O powyższe nigdy się nie martwiłam – ani on nie dał mi pretekstu, ani sama nie zauważyłam u siebie takich problemów. Za to, jak i wiele innych kobiet, natura obdarzyła mnie przewrotnie – mniejsze wargi sromowe są u mnie akurat duże, a łechtaczka, nawet bez pieszczoty, dość wydatna. Na co dzień się tam raczej lubię, ma to także swoje zalety przy stosunku, a słowa krytyki z ust partnera ani razu nie usłyszałam. Ale taka już kobieca natura – na skutek „oralnych restrykcji” skutecznie wmówiłam sobie, że on mnie tam podświadomie chyba nie lubi oglądać. Prawie udało mi się samą siebie przekonać, że go chyba nawet wizualnie obrzydzam, ale na szczęście umiemy rozmawiać i w porę to zrobiłam – pogadałam z nim jak należy (chyba), bo tego samego dnia zaserwował mi nieziemską minetkę. Dostałam dozgonną gwarancję, że uwielbia mnie taką, jaka jestem, w każdym calu, a duże wargi sromowe są nawet, w jego opinii, atutem, choćby i w robieniu minetki. I bardzo przepraszał za wszelkie zaniedbania, obiecując poprawę. Brzydko skłamał, a spodziewałam się szczerości, nawet gdyby miała być bolesna.

 

I co? Od tamtej rozmowy minęło ponad 6 lat. Życie seksualne mam udane w 90%, bo superważne 10%, jakim jest dla mnie odwzajemnianie oralnych pieszczot, nie istnieje. Ostatecznie wiem nawet o co chodzi – boli go, niewygodnie, sporo musi się napracować i do tego czasu wszystko mu drętwieje. Dawno już temu wyrzucił z siebie wprost, że z powyższych przyczyn mało za tym przepada. Ja, choć uwielbiam robić mu dobrze, mam identyczne wrażenia – pewnie, że jest niewygodnie, szczęka i kark mnie bolą, a do tego nierzadko się dławię. Mimo wszystko, moim zdaniem, warto zrobić to dla drugiej osoby i ciężko tego nie lubić. Czasami łapie mnie frustracja, bywa że (bo jestem bardzo emocjonalna) łagodzę ją płaczem w samotności i serwuję sobie świetny orgazm. A po jest – standardowo – jeszcze gorzej. Po pierwsze dlatego, że głupio mi po raz tysięczny poruszać temat i dostawać „pańszczyźnianą”, „obowiązkową” minetkę, nota bene coraz rzadziej zwieńczoną orgazmem, gdyż zazwyczaj przerwaną już w momencie, gdy zaczynam odpływać (a wie świetnie, że nie doszłam). Po drugie czasem, trochę wrednie, myślę o odwecie – przestanę serwować mu fellatio, niech ma za swoje. Ostatecznie topnieję, nim wprowadzę odwet w życie – uwielbiam go tak pieścić i to jest silniejsze ode mnie, a we łbie wciąż gdzieś kołacze się żałosna z lekka nadzieja na rewanż z jego strony. Jeżeli on miałby sprawiać mi przyjemność, to proponuje mi 69, które w ogóle bardzo lubię, ale ani nie umiem tak dojść, a poza tym czasem to ja chciałabym być pieszczona, w danej chwili bez wzajemności. Czasem słyszę też, że może zacząć od minetki, a w jej trakcie przerzucimy się na zwykły stosunek.

 

I tak oto mężczyzna, którego kocham nad życie, daje mi świetne orgazmy niemal przy każdym stosunku, a jego technikę oceniam na bardzo zadowalającą. Naprawdę dba o mnie, bylebym osiągnęła orgazm pochwowy. Łechtaczkowego inaczej niż poprzez minetkę nie osiągnę, chyba że masturbując się. Czasem znów łapią mnie kompleksy lub rozgoryczenie, ale coraz częściej mocno unoszę się honorem, broniąc się przed uniżonym dopraszaniem się o chwilę uwagi dla łechtaczki i jej szanownej okolicy. Szkoda, chciałabym częściej poczuć, jak ta pozornie mała czynność przydaje mi kobiecości w zawrotnym tempie.

 

Wieńcząc tę epopeję chciałabym zapytać, czy – obiektywnie rzecz oceniając – sądzisz Luizo, że da się z tym coś jeszcze robić? Może jest coś jeszcze, co może mi pomóc – jakaś technika, cokolwiek? Raczej nigdy nie weźmiemy się za swinging, toteż nie dopuszczam opcji udziału osoby trzeciej otwartej na seks oralny, ale w ogóle myślę, że jesteśmy parą bardzo otwartą na eksperymenty. Chciałabym uratować tę sytuację i wciąż wierzyć, że on uwielbia mnie zaspokajać, tak jak ja uwielbiam robić to jemu :)… Pozdrawiam zarówno Ciebie, jak i Eryka.

M.

Naszą odpowiedź dla M. opublikujemy w czwartek. Ale zanim to nastąpi – może Wy macie jakieś porady dla M.?

Dla Nas nie ma tematu tabu, dlatego każdy mail wysłany do Nas nie pozostaje bez odpowiedzi. Już z kilkoma osobami korespondujemy prywatnie, ale szczery list M. stał się motywacją do rozpoczęcia nowego rozdziału w funkcjonowaniu bloga. Chcemy być jeszcze bliżej Was, dlatego piszcie do Nas o wszystkim co dla Was jest ważne. Bez skrępowania, bez strachu, bo co jak co, ale Nas bać się nie można (Ci co Nas znają także osobiście z pewnością to potwierdzą 🙂 ).