„365 DNI” – RECENZJA

Ojciec chrzestny i Pięćdziesiąt twarzy Greya w jednym – taki napis rozpaczliwie krzyczy z okładki „365 dni” autorstwa Blanki Lipińskiej. Już sam nagłówek bez zachowania zasad polskiej pisowni zwiastował, że nie będzie dobrze. Myliłam się – było tragicznie

Jedną z gorszych książek, jaką ostatnio przeczytałam był „Komisarz” Pauliny Świst (przeczytaj recenzję). I myślałam, że trzeba będzie długo czekać, aby stworzyć coś jeszcze słabszego. Lecz, jak się okazało polscy czytelnicy prędko zostali uraczeni kolejnym erotycznym gniotem. „365 dni” to naprawdę literackie dno. Na dodatek bez bąbelków.

O tejże powieści dowiedziałam z artykułu na Wirtualnej Polsce, w którym autorka Blanka Lipińska została określona jako Wisłocka z Sopotu: https://ksiazki.wp.pl/wislocka-z-sopotu-erotyk-blanki-jednych-zawstydza-innych-inspiruje-ona-chce-pokazac-ze-o-seksie-mozna-mowic-otwarcie-J6277915638097537a.

W pierwszej chwili do mojej głowy wpadła myśl – może wreszcie będzie to coś wartościowego? Ale z każdym kolejnym zdaniem w wywiadzie, moja nadzieja szybka gasła. No cóż, ale żeby wyrobić sobie ostateczną opinię, trzeba samemu się przekonać. Książka błyskawicznie powędrowała do mojego czytnika i równie błyskawicznie mam ochotę o niej zapomnieć.

Kiedyś pisałam recenzje bardzo poprawnie, wręcz grzecznie. Ale to było kiedyś. Dziś jak coś mi się nie podoba, to potrafię dobitnie ubrać to w słowa. I pokrótce przedstawię Wam powody, dla których nie warto sięgać po ten literacki kicz. Uwaga – będę „spojlerować”.

Nie czytaj tego akapitu, jeżeli nie chcesz znać fabuły!

Fabuła jest tak przewidywalna, że nie ma w niej absolutnie miejsca na jakiekolwiek zaskoczenie. Znów mamy motyw dominującego mężczyzny i kobiety – niby silnej, a uległej jak cholera. On każe jej klęknąć, a ona zanim jej oprawca skończy zdanie rozkazujące już jest na kolanach z otwartymi ustami gotowymi do obciągania. Taaaakkkk…. To jest zdecydowana siła charakteru. Co się dzieje w książce. Streszczę Wam to w kilku zdaniach. Laura, główna bohaterka, zostaje porwana przez szefa mafijnej rodziny podczas beztroskich wakacji spędzanych z chłopakiem i parą znajomych na Sycylii. Przyczyną porwania były wizje Massimo, które zaczęły go nawiedzać, gdy oczywiście kiedyś cudem uszedł z życiem. Od tamtej pory szukał tajemniczej kobiety z fantazji. I nagle pojawia się ona – TAAAADAAAMM! Cóż za niespodzianka, nikt się przecież nie będzie spodziewał, iż ucieleśniłem tejże tajemniczej niewiasty będzie właśnie Laura. Massimo, zwany potocznie Czarnym (bo przecież nie Szary, jak to było w Grey`u) daje dziewczynie ultimatum. Daje 365 dni na pokochanie go. Przez ten czas nie zrobi nic wbrew woli. No oprócz tego, że tak troszkę ją nieco ubezwłasnowolni, ale kto by się przejmował takim szczegółem.

„Nic nie zrobię bez twojej zgody i chęci. Nawet jeśli będzie mi się wydawało, że ją mam, poczekam, aż mnie zechcesz i sama do mnie przyjdziesz.”

Tego akapitu też nie czytaj

Ale po co czekać cały rok? Laura już po dwóch miesiącach była szaleńczo zakochana i dawała się pieprzyć bez zabezpieczenia. Oczywiście w międzyczasie zdarzyły się jakieś porwania, zabijanie ludzi, ale nic ją to nie odstraszało. Jej poprzedni chłopak nie był jej księciem z bajki, więc stwierdziła, że i tak nie ma do czego wracać.

„Jedyne czego w tym związku brakowało, to zwierzęcy pociąg, przyciąganie i namiętność, która nigdy między nie wybuchła. Jak to eufemistycznie kiedyś określił Martin: „on się już w swoim życiu naruchał”. Ja natomiast byłam kipiącym wulkanem seksualnej energii, której uwolnienie znajdowałam w niemal codziennej masturbacji.”

A teraz miała u boku przystojnego Włocha, kupę pieniędzy i wyuzdany z seks. W cipkę, w usta i w dupę też. Wreszcie ktoś ją rżnął jak należy. Sperma tu, sperma tu. Zaś z tej spermy oczywiście będzie następna niespodzianka. Jak nie masz pomysłu na zakończenie, to pierdolnij motyw ciąży z zaskoczenia. Ojej, ale jak to się stało? Nie spodziewałam się! Zupełnie jak kiedyś w „Modzie na sukces” – tam każdy miał dziecko z każdym.

Przyznam szczerze, że chyba w żadnej książce nie znalazłam tylu błędów i literówek, jak u pani Lipińskiej. Praktycznie, strona za stroną odkrywałam nowe „językowe chochliki”. Osoba, która była odpowiedzialna za korektę powinna pójść do doradcy zawodowego w określeniu innej ścieżki kariery, bo tu zdecydowanie się nie popisała redaktorskimi umiejętnościami. Przykłady? Proszę bardzo:

„Jego wzrok znowu zapłonął dziką i zwierzęcą rządzą”.

„Mam ochotę położyć cię brzuchem na stole, podągnąć ci tę krótką sukienkę i bez zdejmowania majtek mocno wydymać.”

To nie jest erotyka

Opisy scen erotycznych przypominają poziom językowy napalonej nastolatki, która ledwo liznęła świat seksu. Proste, mechanicznie, niczym budowa cepa. Autorka chyba wyszła z założenia, że jak naszpikuje książkę słowami cipka i kutas to wystarczy do stworzenia wiekopomnego dzieła. Zatem znów mamy powieść, w której ona dochodzi jak tylko się ją dotknie. Orgazm za orgazmem. Pierwszy, drugi, dziesiąty. On zaś może spuszczać się w nieskończoność, zaś jego penis zawsze jest twardy i gotowy do wytrysku. Aż wreszcie, w przerwie między dawaniem dupy, a połykaniem, pojawiło się miejsce na uczucie:

„(…) ja się nigdy nie kochałam. Zawsze się pieprzyłam, lubię to. Żaden facet nie nauczył mnie, jak się kochać, więc może być problem, a ty będziesz rozczarowany – skończyłam i zażenowana własnym wyznaniem odwróciłam głowę w bok.”

Nie marnujcie ani jednego swojego dnia na czytanie „365 dni”. Bo definitywnie czas poświęcony na tę książkę uważam za stracony. To nie jest erotyka, tylko słaba próba podkręcenia sprzedaży dla jeszcze słabszego grafomaństwa. Zresztą posłuchajcie, jak o książce wypowiada się sama autorka:

https://www.facebook.com/LipinskaBlanka/videos/216826052371607/

 

Jeżeli jednak chcecie sprawdzić swoją literacką wytrwałość i przekonać się czy Wasze zdanie na temat książki będzie zbliżone do mojego albo wynagrodzić mi to poświęcenie za przeczytanie, to książkę w korzystnej cenie możecie kupić tutaj: https://www.taniaksiazka.pl/365-dni-blanka-lipinska-p-1121288.html

Tekst: Luiza

P.S. Link zamieszczony w tekście jest linkiem afiliacyjnym, co oznacza że kupując książkę za jego pośrednictwem otrzymam za niego skromną prowizję, a tym samym przyczynisz się do rozwoju bloga. A ja będę mogła pisać więcej i więcej 🙂