Jadąc autobusem, z nosem przyklejonym do szyby i słuchawkami na uszach, w przelocie zobaczyłam billboard reklamujący jeden z wiodących banków. Spokojnie, nie będę Was namawiała do zakładania konta czy ulokowania pieniędzy na lokacie. To nie blog finansowy, choć nie da się ukryć, że swingerskie życie do najtańszych nie należy, ale hasło zamieszczone na tym billboardzie, choć proste w przekazie, to jakoś wryło się w mój umysł i do tej pory nie daje spokoju.

Jesteś zmianą. W pierwszej chwili myślisz – banał jakich mało. Zewsząd jesteś atakowany podobnymi sloganami, których podprogowe przekazy mają ciebie nakłonić do kupna/modyfikacji/rezygnacji czy co tam chcesz. Nieważne jak, ważne żeby było inaczej/lepiej.

Nowy początek, nowy start, nowe życie, nowa miłość, nowy kredyt. Wszystko ma być nowe, niestandardowe, innowacyjne. A co z tym, co stare i sprawdzone?

Jesteś zmianą. Oczywiście, że jestem. To ode mnie zależy co będę jadła, gdzie mieszkała, w czym spała i z kim się bzykała. To ja mam wpływ na wybór celu podróży, kolor kupionej sukienki, jedzenie posiadane w lodówce.

Predestynacja? Nie, dziękuję

Nie zawierzam swojego losu przypadkowi, choć nie odmawiam przyjemnym zbiegom okoliczności. Jeżeli przydarza mi się coś miłego, to czemu miałabym z tego rezygnować? Głupia nie jestem. Jak dają to biorę, jak biją to spierdalam. Ów filozofia nazywa się prawem natury. Sprytniejszy wygrywa, słabszy żre resztki ze śmietnika.

Nie taplam się w luksusowym basenie, w luksusowej willi z luksusowym widokiem na luksusowe miasto. Czy bym tak chciała? No cóż… Jeżeli przy tym basenie miałabym jeszcze postawione solidne biurko i wygodny fotel do pisania, a na dodatek przystojnego masażystę, który nie dość żeby ugniatał zmęczone mięśnie, to jeszcze zająłby się moimi piersiami, pośladkami i… to czemu nie. Miałabym wtedy niekończącą się inspirację do tworzenia. Ze względu na ten widok oczywiście :p

Jesteś zmianą. Zmieniam się każdego dnia. Wraz ze stratą kolagenu, przybywa mi życiowego doświadczenia. Cieszy mnie, że w codzienności jest miejsce zarówno na szaleństwo i spontaniczność, jak i na spokój oraz stabilizację. Że, gdy pracuję w domu, to mogę siedzieć sobie w mięciutkich dresach i włosami związanymi w kitkę, a gdy chcę wcielić się w inną Luizę, to biorę męża pod pachę, zakładam seksowną małą czarną i w klubie wybieram dla nas kochanków i kochanki na nadchodzącą noc. To się nazywa wolność.

Inna ja

Mam już ten wiek, że nie muszę nic nikomu udowadniać. Jedynie sobie stawiam kolejne wyzwania prowadzące do celu „Spełnienie”. Nie dlatego, że muszę, ale dlatego że chcę. Sukcesywnie odcinam się od toksycznych ludzi, nawet jeżeli należą oni do najbliższego otoczenia. Owszem, to boli, lecz „święty spokój” jest wart takiego poświęcenia. Zbyt wiele czasu zmarnowałam na innych, zapominając o sobie. Wolę mieć kilku sprawdzonych przyjaciół niż setki obłudnych znajomych. Mam alergię na fałsz, wyczuwam ją z daleka.

Kiedyś sięgnęłam po książkę Szczęście. Poradnik dla pesymistów. Ciekawa odmiana wśród tych wszystkich poradników, które wbijają ci do łba, że zawsze musisz czuć się szczęśliwy. Gówno prawda, wcale tak nie jest. Życie nie jest gładką taflą wody, po której przechadzasz się niczym Jezus gołą stopą, tylko jest popieprzonym oceanem, który raz zafunduje ci sztorm, by za moment oczarować niesamowitym zachodem słońca odbijającym się od fal. Ale jedno stwierdzenie z tej książki zapadło mi w pamięć – aby pozwolić sobie na negatywne emocje. Nie ukrywać ich, nie negować ich istnienia, tylko nazwać je i oswoić. Tak robię. Gdy czuję, że smutek ściska serducho, to pozwalam sobie na stan płaczę, nie wiem czemu, ale chce mi się płakać, to płaczę. Kiedy czuję, że wkurw się rodzi, to będąc za kółkiem bluzgam ile wlezie. Wyrzucenie z siebie wszystkich uczuć zżerających od środka, naprawdę pomaga.

Jestem zmianą. Jestem szczęśliwa, ale jestem przy tym prawdziwa. Na pokaz może być lalka na wystawie, ale nie ja.

Tekst: Luiza

Fot.: astoianow/pixabay

PRZECZYTAJ: https://swingwithme.pl/drogie-zycie-swingersa/