WSZYSTKO NA SPRZEDAŻ

Miałam 15 lat, kiedy po raz pierwszy tak prawdziwie pocałowałam się z chłopakiem. 18 lat – gdy po raz pierwszy zasmakowałam seksu. Czy to był dobry wiek? Teraz z perspektywy czasu stwierdzam, że mogłam jeszcze trochę poczekać, choć w żadnym wyścigu nie brałam udziału. Ale nie żałuję dokonanych wyborów, bo nie było w nich żadnych przypadkowości. Dziś mam trzydzieści kilka lat i wiele doświadczeń seksualnych za sobą, lecz jestem przerażona tym, co się dzieje dookoła.

Nie chcę, aby ten wpis był wielce moralizatorski i zaczynał się od słów: bo za moich czasów, to było inaczej…

Ale było. Najważniejsza różnica – nie było Internetu. On wówczas dopiero raczkował, a jak się łączyło z modemem, to wszyscy sąsiedzi słyszeli, że ci za ścianą mają połączenie ze światem. Będąc spragnionym wirtualnej rzeczywistości, chodziło się do kawiarenek internetowych (swoją drogą nazywało się to kawiarenkami, lecz zazwyczaj żadnej kawy tam nie serwowano. Dziwne.). Z kolei nieco zakłamaną i podkoloryzowaną wiedzę o seksie czerpało się z takich gazet, jak: Bravo, Bravo Girl, Popcorn czy Dziewczyna. Do tej pory pamiętam rubrykę Mój pierwszy raz, którą czytałam dosłownie z wypiekami na twarzy.

I chwycił mnie w ramiona. Jego czułe pocałunki sprawiły, że chciałam mu się oddać. Było cudownie.

I inne takie „bla bla blania”, po których lekturze dziewczęce umysły nabierały przekonania, że podczas pierwszego zbliżenia ziemia zadrży, a morze się rozstąpi niczym przed Mojżeszem.

O pierwszych pocałunkach, pieszczotach, seksie rozmawiało się z przyjaciółkami. Oczywiście – wszystko w sekrecie.

A jak jest teraz?

Na pokaz. Życie jest na pokaz. Selfie, selfiki, selficzunie. W sukience i bez. W bieliźnie i bez. Z zabezpieczeniem i bez.

Kto pogada? Kto poklika?

Lawina komentarzy wylewa się pod półnagimi zdjęciami nastolatek, które pragnąc dodać sobie seksapilu obowiązkowo wciągają brzuchy i robią usta w dzióbek. Zresztą chłopacy robią podobnie, opuszczając spodnie, tak aby było widać górny pasek ich bokserek z napisem Celvin Clein.

I samotność. Bo wszyscy właśnie lajkują i szerują (bo przecież nie mówi się teraz polubić albo udostępnić, bo to jest passé), zamiast spotkać się i porozmawiać. Po prostu pobyć ze sobą.

Na sprzedaż

Z racji prowadzonej działalności, jestem aktywną uczestniczką Internetu. Zaglądam na różnorodne strony, śledzę wpisy na wielu forach i grupach społecznościowych i zatrważa mnie, jak łatwo nastolatki sprzedają swoje życie w sieci. I za co? Za jak największą ilość kciuków podniesionych do góry?

Seks już od dawna jest towarem, ale chyba nigdy nie był tak dostępny, jak przez ostatnie kilka lat. Sprzedać można wszystko. Swoje ciuchy, jak i swoje dziewictwo. Książki, jak i pozytywne testy ciążowe.

Do łóżka chodzi się teraz, żeby nie zaniżać klasowych statystyk. Jesteś dziewicą? To znaczy, że jesteś tak beznadziejna, że nikt nie chce się z tobą przespać. Wciąż prawiczek? To, co – nie wiesz jak się wsadza?

Bez uczuć, bez emocji, ale za to technicznie i ilościowo. A im wcześniej, to przecież lepiej, bo prędzej zaczniesz zbierać doświadczenie.

I co z tego, że potem będziesz mieć problemy z nawiązywaniem relacji. Od tego przecież jest Internet. Tam zawsze znajdziesz zainteresowanie. Wystarczy tylko, że pokażesz cycki albo wyrzeźbiony sześciopak.

Smutne to.

Tym bardziej cieszę się, że w okresie dorastania należałam do pokolenia offline, bo dzięki temu umiem odnaleźć się w życiu. W rzeczywistym życiu.

Tekst: Luiza