CZY SWING MNIE DEFINIUJE?

Jakiś czas temu, gdy na spontanie pojechaliśmy do Warszawy na jeszcze bardziej spontaniczne wystąpienie przed kamerami (więcej info o tym na jesień), podczas jednej z wielu rozmów padło pytanie – czy swing definiuje kogoś jakoś człowieka? I to świdruje mnie od dłuższego czasu. Tak czy nie? A może trochę tak, trochę nie?

Nieskromnie napiszę, że uważam się za dobrą duszę. Czasami nawet aż nazbyt dobrą, gdyż przez moją empatyczność dostawałam i wciąż dostaję po tyłku. No ale jak to powiadają – jak masz miękkie serce, to musisz mieć twardą dupę. Do Jagny i rozbijania orzechów pośladkami nieco mi brakuje, ale jakby co – mam czym przydusić 🙂 No, ale to nie o moich czterech literach mam pisać, tylko o tym jak fakt bycia swingerką wpłynął na mnie pod kątem rozwojowym oraz emocjonalnym.

Prawie jak doktorat

Tak, tak Drodzy Państwo. Swing jest lepszą szkołą życia niż najbardziej prestiżowa uczelnia. Na studiach nikt nie uczy jak radzić sobie z trudnymi emocjami, jak przygotować swoje ciało na nieznajomy dotyk, jak oswajać uczucia, które kołatają sercem i myślami niczym bestie na uwięzi. W swingu zaliczenie nie polega na wykuciu niepotrzebnych później nikomu rzeczy, zaśmiecaniu pamięci zbędnymi frazesami. Tutaj zamiast indeksu wiedzy, jest indeks doświadczeń, które się nie sumują według średniej arytmetycznej. One zmieniają swe nasycenie poprzez czas, perspektywę, zdobywaną dojrzałość.

Swing nie definiuje mnie jako człowieka, bo pod wieloma względami nie zmienił mnie światopoglądowo, nie wpłynął na zmianę codziennych zachowań, ale z pewnością odmienił mnie w aspektach bardziej intymnych, mniej dla innych oczywistych. Dzięki niemu wyostrzył mi się zmysł obserwacji, a także umiejętność odczytywania seksualnych „smaczków”. Otworzyłam się na flirt, niedopowiedzenia, jak również wyzwoliłam w sobie większą odwagę w działaniu. To niby małe kroki, ale prowadzące do większych celów.

Dać się zaskoczyć

Od pierwszego spotkania do randki z minionego tygodnia upłynęło już sporo czasu. Coś co kiedyś wywoływało rumieniec zawstydzenia, dziś czasami mija bez większego echa. Ale dzięki temu, że razem z mężem otworzyliśmy się na innych, przeżywamy coś, na co kiedyś z pewnością nie bylibyśmy gotowi.

Swing był dla nas katalizatorem przeżyć. Trampoliną, na której odbiliśmy się wręcz poza horyzont naszych oczekiwań. Czy te kilka lat wstecz pomyślałabym, że będę dzielić się cieleśnie z innymi, jednocześnie będąc szczęśliwą mężatką? Zdecydowanie nie. Czy przypuszczałabym, iż patrzenie na ukochanego mężczyznę osiągającego spełnienie we wnętrzu innym niż moje, wyniesie me podniecenie na szczyty rozkoszy? Oczywiście, że również nie. Ale spróbowaliśmy, biorąc na klatę różne konsekwencje tejże decyzji. Lecz daliśmy się też ponieść i zobaczyć dokąd ta hedonistyczna droga nas zaprowadzi…

I tak jak ponoć wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, tak i każde swingerskie zbliżenie prowadzi nas do jednego łóżka, w którym na końcu pragniemy być tylko we dwoje. Owszem, nie brakowało też doświadczeń trudnych, nieoczekiwanych względem reakcji oraz późniejszych przemyśleń. Ale one też były po coś. Były i są.

Najpierw ja

Swing nie definiuje nas względem pełnionych społecznie ról. Można uwielbiać pieprzyć się z innymi, potęgując wręcz przy tym poczucie spełnienia z partnerem/partnerką. Być wspaniałą matką, żoną, siostrą, przyjaciółką, jak i genialnym ojcem, mężem, bratem, przyjacielem. Czy chęć przeżywania życia na własnych zasadach, przekreśla nas jako ludzi rozsądnych i odpowiedzialnych?

Swing nie definiuje mnie. On wzbogacił wiele aspektów mojego udanego życia, lecz z pewnością nie jest jego kwintesencją. Kiedyś bardziej przejmowałam się tym, co myślą pozostali. Chciałam ich zadowolić, kosztem samozadowolenia. Dziś najbardziej skupiam się na własnym szczęściu. I dopiero jak mi jest dobrze, to mogę myśleć o robieniu dobrze innym 😉

Tekst: Luiza

Przeczytaj: https://swingwithme.pl/za-co-uwielbiamy-swing/

Niech inni też się o nas dowiedzą :)