MANTA FUN FACTORY – RECENZJA

– Luiza, weź wreszcie ogarnij te twoje zabawki. One są wszędzie. To, że w sypialni – to rozumiem. W łazience – też jeszcze jest ok. Ale w kuchni? Co to znowu ma być? Nowe szczypce do kurczaka? – odrywam się od pisania, słysząc malutkie pretensje w głosie mojego męża.

– Nie. To nowa zabawka dla ciebie. I dla mnie też. W sumie dla nas– odpowiadam filuternie.

Jak to działa?

Otóż te szczypce do kurczaka to nic innego jak Manta od Fun Factory – multifunkcjonalny wibrator, który potrafi dać przyjemność na wiele możliwości. Z założenia jest to przede wszystkim wibrator dla mężczyzn, choć po naszym testowaniu okazało się, że Manta bardziej wyląduje do szuflady „Dla Luizy”, ale o tym za chwilę.

Dzięki swojemu kształtowi, Mantę można stosować na kilka sposobów – solo dla partnera lub partnerki albo w duecie. Bądź też jako wibrujący dodatek do fellatio.

O męskich odczuciach opowie Eryk, ja zaś skupię się na swoich oraz tych wspólnych. Manta ma do zaoferowania kilka rodzajów stymulacji – tryb jednostajny z możliwością zwiększania bądź zmniejszania jego intensywności oraz 5 innych trybów o różnym rodzaju „mruczenia” (trochę szkoda, że siłę wibracji można zmieniać jedynie w trybie „prostym”. Może kolejna wersja będzie wzbogacona o to urozmaicenie). Wibracje rozchodzą się po całej zabawce, kumulując się w jej skrzydełkach, które pracują z taką prędkością niczym skrzydła kolibra. To sprawia, że wibrator bardzo przyjemnie stosuje się nie tylko w miejscach intymnych, lecz również w innych strefach erogennych, jak płatki uszu, kark (zwłaszcza przy linii włosów) i… sutki. Oj, tak – sutki zdecydowanie polubiły Mantę!

Lubię być mokra

Silikon medyczny od Fun Factory jest nieco inny w dotyku niż na przykład zabawki od Lelo. On jest bardziej szorstki i chropowaty. Z kolei wyżłobienia, jakie znajdują się między skrzydełkami, sprawiają, że wodny lubrykant umilający używanie wibratora, utrzymuje się na nim dłużej i nie spływa.

To co pokochałam w Mancie to… cisza. Naprawdę jest dość dyskretna, zwłaszcza pod kołderką. No i druga ulubiona funkcja – wodoodporność. No cóż, lubię robić sobie dobrze podczas prysznica bądź kąpieli, zatem zabawki bez możliwości zamoczenia już na starcie mają ode mnie minusa.

Powibrujemy razem?

Przyznam, że Manta jako zabawka dla par u nas się nie sprawdziła, co nie znaczy, że Wam nie przypadnie do gustu. Bowiem główny powód niepowodzenia wibratora w naszym wspólnym zaspokojeniu była… głupawka. Jakoś nie mogliśmy się skupić używając Manty we dwoje, bo co chwilę chciało nam się śmiać. Ale fakt – Manta osadzona na podstawie penisa sprawia, że wibracje odczuwane są przez obydwoje partnerów i właśnie to nas rozbawiało – bo mieliśmy wrażenie obsługi młota pneumatycznego. Ja byłam operatorem, a Eryk był… młotem. No i jak tu się nie śmiać? 😉

Manta faworytka

Ale za to do igraszek w pojedynkę – Manta okazała się być dla mnie wibratorem doskonałym. Niezależnie od wyboru wibratora, i tak przeważnie korzystam z trybu jednostajnego, bo te bardziej zróżnicowane po prostu mnie rozpraszają. Manta zafundowała mi za to inny rodzaj stymulacji. Jej kształt zapewnia mi różnorodną rozkosz i to nawet na najniższym poziomie intensywności. Jej skrzydełka „oklepują” łechtaczkę. Pragnąc mocniejszego odczucia wystarczy przesunąć Mantę tak, aby łechtaczka była pieszczona przez zakończenia skrzydełek, zaś chcąc nieco osłabić doznania – należy dotykać ją szerszą powierzchnią urządzenia. I tak można się bawić i bawić, choć gwarantuję Wam, że Manta szybko doprowadzi Was do orgazmu. Gwarantuję, bo mam to przetestowane na sobie.

Według Eryka

Manta to wibrator prosty w zabawie, ale za to ze skomplikowaną instrukcją obsługi. Patrząc na zamieszczone ilustracje mające ułatwić poznanie urządzenia, miałem wrażenie, iż tylko człowiek po politechnice byłby w stanie to rozgryźć. Tymczasem wystarczyło napisać:

Panel sterujący składa się z trzech przycisków – jednego do włączenia/wyłączenia, oraz dwóch pozostałych to zmiany intensywności bądź rodzaju wibracji. Zmiana intensywności możliwa jest wyłącznie na programie pierwszym, jednostajnym. Przejście do kolejnych trybów wibracji następuje po najwyższym poziomie intensywności programu pierwszego.

Koniec.

 

Plusem Manty jest to, że jest lekka, więc trzymanie jej w dłoni nie sprawia większego problemu. Ponadto, łatwo ją wyczyścić pod strumieniem bieżącej wody.

W trakcie pieszczot, Manta była nieco dla mnie za mocna. Owszem, wibracje powodowały erekcję, ale zdecydowanie bardziej podobał mi się efekt po odstawieniu, bowiem wówczas czułem w penisie przyjemne mrowienie, które utrzymywało się również podczas stosunku. I myślę, że jeszcze kilka razt spróbujemy pobawić się tymże wibratorem w duecie.

Miłym akcentem po rozpakowaniu gadżetu, była… ankieta umieszczona na wewnętrznej stronie pudełka, pozwalająca sprawdzić wzajemne oczekiwania. Fajny pomysł, bo rozmów o seksualności w związku nigdy za wiele, a taka ankieta to dobry pretekst do dalszego odkrywania siebie.

Gdzie kupić?

Mantę w naprawdę konkurencyjnej cenie możecie kupić w sklepie Kinky Winky (jest taniej nawet niż w najpopularniejszej platformie sprzedażowej w Polsce. Wiecie, jaką stronę mamy na myśli). Dostępna jest w dwóch wersjach kolorystycznych: morskiej i khaki.

UWAGA!

Dla naszych czytelników sklep Kinky Winky przygotował coś specjalnego. Naprawdę specjalnego. Gdy podczas zakupów wpiszecie kod promocyjny MANTA19 to otrzymacie 10% rabatu. A jak jeszcze zapiszecie się do kinkowego newslettera, to dostaniecie jeszcze dodatkowych 5% upustu. Promocja ważna do 7 stycznia!

Jest moc, prawda? 😉

Tekst: Luiza i Eryk

Author:

Lubimy kawę. I to w każdej postaci. Także tej wirtualnej.

Mamy też marzenie, aby nasze zmysłowe opowiadania erotyczne przeniosły się na papierowe kartki i mobilne urządzenia.

Chcemy pisać. Dla Ciebie i dla innych. Możemy połączyć siły. Jeżeli najdzie Cię ochota, to zaprosisz nas kawę. A my odwdzięczymy się nowymi wpisami, a w przyszłości - piękną książką. Ba! Książkami!

Więcej informacji: https://swingwithme.pl/zapros-nas-na-kawe

Nasz profil na Ko-fi: https://ko-fi.com/swingwithme