NASZA WARSZAWA

Być może to przychodzi z wiekiem, że bardziej liczą się dla ciebie relacje niż odwiedzanie nowych miejsc. Że lubisz otaczać się ludźmi, od których nie tylko czerpiesz pozytywną energię, ale również chcesz się dzielić z nimi swoimi emocjami. I chociaż możesz widzieć z się bliskimi osobami raz na pół roku, a raz nawet rzadziej, to na myśl o spotkaniu gęba sama ci się uśmiecha. To są właśnie znajomości, o które warto dbać, pomimo dzielącej odległości.

Z Erykiem mamy ogromny sentyment do Warszawy, bowiem w stolicy po raz pierwszy zetknęliśmy się ze swingiem w wydaniu polskim. Czuliśmy się jak Kolumb stawiający pierwsze kroki na nowym kontynencie. Odkryliśmy, że świat, który znamy w berlińskiej wersji, jest także dostępny w Polsce. Może nie na tak dużą skalę, ale zawsze. Że funkcjonują u nas kluby i swingerskie portale – po prostu bajka! Mieliśmy wiele warszawskich przygód, podczas których noc mieszała się z dniem, a ciała pulsowały w rytm wzajemnej eksploracji. Zapewne jeszcze wiele takich przeżyć przed nami, ale obydwoje z mężem czujemy, że coś tu jednak się zmienia. Czy na lepsze lub gorsze? To pokaże czas. Ale dzisiejszym wpisem chcemy Wam przybliżyć osoby, bez których Warszawa nie byłaby tą Warszawą, do której lubimy przyjeżdżać. To dzięki nim Warszawa, to nasza Warszawa.

Janek

Znany jako LaVaBarman. To była pierwsza osoba, którą zobaczyliśmy przekraczając progi mokotowskiego klubu. Na początku ciężko było nam go rozgryźć – czy on mówi na poważnie czy jednak żartuje? Zwłaszcza, że jego pokerowe oblicze było i jest wręcz mistrzowskie. Szybko jednak się okazało, że Janek jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Kiedy trzeba zażartować, to aż płyną łzy ze śmiechu. Ale kiedy trzeba komuś sugestywnie pokazać, że jego zachowanie jest niewłaściwe, to mina Janka nie znosząca sprzeciwu jest jednoznacznym drogowskazem do opuszczenia lokalu. Pamiętamy jak kiedyś wpadliśmy do Lavy na niedzielny chillout. Było mało ludzi, ale nam to nawet nie przeszkadzało, bo byliśmy ze znajomymi. Doprawdy nie wiemy kiedy nam minęło kilka godzin, ale siedząc przy barze, dzięki Jankowi nie brakowało ani tematów do rozmów, ani do zabawy. I chociaż wówczas nie oddaliśmy się swingerskim uciechom, to Janek swoją niepowtarzalną osobowością zrobił nam tak dobrze, że wyszliśmy w pełni usatysfakcjonowani. To jest dopiero umiejętność, prawda? Zdarzało nam się, że nawet jak wiedzieliśmy, że z różnych przyczyn nie będziemy mogli się pobawić w klubie, to i tak szliśmy do Lavy, bo wiedzieliśmy, że będzie Jan i że na pewno spędzimy z nim świetnie czas. Dlatego bardzo żałujemy, że podczas naszego ostatniego wypadu do Wawy nie było nam dane spotkać się z nim, ale mamy nadzieję, że w przyszłym roku to nadrobimy.

Natalia

Kusząca nie tylko wspaniałymi, kobiecymi krągłościami, ale i niezwykłym temperamentem oraz poczuciem humoru. Przy Natalii nie można ani się nudzić ani smucić. Ona jest najlepszym antidotum na gorsze samopoczucie. Dopadła Cię chandra? To leć do klubu, szukaj Natki barmanki i daj się ponieść niezwykłej aurze, jaka ta kobieta wokół siebie roztacza. Jej energia powinna być dawkowana i sprzedawana w aptekach. Oczywiście z zaznaczeniem, że przed użyciem należy wstrząsnąć, bo inaczej tobą coś wstrząśnie. Jej perlisty śmiech przyjemnie łaskocze zmysł słuchu, a shoty pite z jej jędrnych piersi pobudzają zmysł smaku i dotyku (oczywiście ta opcja jest dostępna tylko dla wybranych). Natalia jest mistrzynią tworzenia swobodnej i przyjemnej atmosfery. Jest takim motorem napędowym do zabawy, ale gdy jest potrzeba – to i skuteczną ripostą też zarzucić potrafi. Jest wszechstronną niewiastą o rzadko spotykanym uroku osobistym. Podsumowując – kobieta dynamit i petarda w jednym. Dlatego nie wahaliśmy się ani chwili, aby przemierzyć teraz pół Polski specjalnie na jej klubowe urodziny.

Łukasz

Nie znamy drugiej takiej osoby, która umiałaby tak sypać żartami jak on. Łukasz na każdą sytuację ma odpowiednią anegdotę. Skąd on je bierze? Cały czas się nad tym zastanawiamy. Z Łukaszem łączy nas krótka, ale bardzo intensywna znajomość. Połączyła nas droga na swingerski wypad na Mazury. Kilka godzin spędzonych wspólnie w samochodzie, zaowocowało naprawdę wartościową relacją. Łukasz przyjechał do nas także, gdy robiliśmy weekendową apartamentówkę w Rewalu. A za każdym razem, gdy spotykamy się w Lavie, to po skończonej imprezie lądujemy na kawie i jajecznicy w kultowym lokalu „U Romana”, gdzie czas się zatrzymał na wystroju z epoki Barei.

Z pasji – masażysta. Jego dłonie potrafią cudownie zrelaksować i przenieść w inny wymiar przyjemności. Gdyby otworzył swój salon masażu, od razu wykupilibyśmy kartę stałego klienta. Ponadto, Łukasz sprawdza się nie tylko jako klubowy masażysta, ale również jako barman i selekcjoner. Potrafi dyplomatycznie spławić natrętnego singla i to w taki sposób, że ów delikwent jest mu nawet wdzięczny za zwrócenie słusznej uwagi. Niestety, dowiedzieliśmy się, że przygoda Łukasza z Warszawą niedługo się kończy, za to on będzie zaczynał nowy rozdział w życiu i to w nowym miejscu. Nie pozostaje nam nic innego jak tylko życzyć mu we wszystkim powodzenia i liczyć, że nasza znajomość przetrwa te liczne zawirowania.

To ludzie są najważniejsi

Klub bez odpowiednich ludzi jest tylko pustymi ścianami wypełnionymi czerwonym światłem i materacami do cielesnych uniesień. Wiemy jak trudno jest znaleźć właściwy personel do takiego lokalu. Bo to nie mogą być przypadkowe osoby, a tak niestety coraz częściej się dzieje. Bo co ta za barmanka, która nawet nie wkłada chociaż odrobinę wysiłku, aby przywitać gości i sprawić, by siedząc przy barze czuli się jako goście mile widziani, a nie jako kolejne osoby do obsłużenia. Albo co to za selekcjoner/recepcjonista, ubrany w dresową bluzę i spodnie moro, który przy wyjściu mówi ci, że nie ma jak wydać ci reszty i, że to w zasadzie twój problem. Tak nie powinno być. Niegdyś swing był rozrywką przeznaczoną dla ludzi świadomych swych seksualnych pragnień. Ludzi, którzy wiedzą czego chcą. Nie ma nic złego w wyznaczaniu chociażby minimalnych wymagań, bowiem kształtowanie standardów wpływa na jakość wynoszonych wrażeń. Przez bylejakość, swing traci swój czar ekskluzywności, sprowadzając seks do najniższych instynktów.

Warszawa, podobnie jak Berlin – przyciąga nas swoją różnorodnością. Ale gdzieś tam w serduchu czujemy, że coś się bezpowrotnie kończy. Że odchodzą ludzie, dla których chcieliśmy tu przyjeżdżać, a coś co jeszcze do niedawna było dla nas głównym powodem przyjazdu, staje się jedynie dodatkiem w tle. A może nie warto się przywiązywać, jedynie nie przejmować się i dalej robić swoje? Tylko cholera, z nas są takie sentymentalne bestie, które nie tylko lubią się pobzykać, ale i poprzytulać się, pośmiać i porozmawiać. Może jak wrócimy do Warszawy na wiosnę, to odzyskamy utracone zauroczenie. Bardzo na to liczymy…

Tekst: Luiza i Eryk

PRZECZYTAJ: https://swingwithme.pl/swingerski-maraton-w-warszawie/