ZJEM CIĘ! RECENZJA KOSMETYKÓW EROTYCZNYCH

Nie przypuszczaliśmy z Erykiem, że tworzenie bloga będzie stawiało przed nami tak wiele nowych wyzwań. Aż przyszedł ten moment, kiedy zaproponowano nam przetestowanie rozkosznych… kosmetyków. Pomyśleliśmy, że skoro zapraszamy innych do łóżka, to przecież żaden puder krzywdy nam nie zrobi. I stwierdziliśmy – dobra, robimy to!

Znacie sklep LustShop? Mieliśmy przyjemność opisywania już dwóch gadżetów, które możecie znaleźć w ich asortymencie (Sqweel 2 i ONO). A jeśli jeszcze ich nie poznaliście, to po tym wpisie z pewnością do nich zajrzycie. Lubimy otaczać się ludźmi pozytywnie zakręconymi, którzy widzą w erotyce coś więcej niż tylko szybkie bzyku-bzyku i papieros po. LustShop to zgrany, małżeński duet, wkładający w to co robią dużo serca. Znamy się wirtualnie, ale też nie zliczymy ile godzin przegadaliśmy już przez telefon. Mamy nadzieję, że w przyszłym roku w końcu uda nam się z nimi zgrać i poznać wreszcie „na żywo”, czyli organoleptycznie :p

Ale przejdźmy wreszcie do tych kosmetycznych różnorodności. Od razu stawiając na szczerość, to ja jako przedstawicielka płci żeńskiej wzięłam na siebie to trudne zadanie wyboru. A wiecie co to znaczy dla kobiety móc dowolnie wybierać kosmetyki? Raj!!! Postanowiłam, że zafunduję nam zmysłową ucztę i powybierałam najprzeróżniejsze smaki, skupiając się na jadalnych pudrach i również przeznaczonych do konsumpcji produktach do bodypaintingu. W przeciwległych narożnikach smakowego ringu ustawiłam firmę Shunga oraz Bijoux Indiscrets.

Pyłki i drobinki

W rozpoczynającej rundzie, do boju stanęły pudry: Sunset Glow Wild Strawberry Body Powder od Bijoux i Sweet Snow Body Powder Exotic Fruits od Shunga. Moje łapki w pierwszym odruchu sięgnęły po soczystą truskawkę. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie wywinęła jakiegoś numeru. Zresztą kombinatorykę chyba mam we krwi. I zamiast wpierw odkleić papierowe wieczko postanowiłam od razu dostać się do środka. Efekt? Chmura różowego dymu spowiła mą sypialnię. Na szczęście mój wysłużony aparat nie ucierpiał za bardzo i mogłam zrobić dla Was kilka ujęć tych smakowitych ciekawostek. Powiedzmy, że poświęciłam się dla Was by zajrzeć do środka.

 

Muszę przyznać, że puder bardzo przypadł mi do gustu. Może nie smakuje jak truskawka zerwana prosto z krzaka, a bardziej jak truskawkowa guma do żucia, ale pozostawia na skórze bardzo przyjemny i delikatny zapach. A na dodatek subtelnie się mieni.

Zdecydowanie będę go zabierała ze sobą na randki, spotkania w apartamentach i wypady do swingerskiego klubu. Będę lśnić nie tylko wewnętrznym pięknem, ale i mieniącymi się drobinkami. A co, jak szaleć to szaleć. Dodatkowo, jest wygodny w użyciu (oczywiście jak go się otworzy prawidłowo), a mięciutka gąbeczka umila jego aplikację na skórze. Tak, ten kosmetyk z pewnością na długo zagości na mojej półce! Zaś jak znudzi mi się truskawka, to wypróbuję jeszcze czarną czekoladę i karmel. Mąż zaakceptował tę decyzję, czyli zapowiada się, że niedługo następne smaki dołączą do mojej kolekcji.

 

Gdzie ta egzotyka?

A teraz pora na egzotycznie owocową Shungę, która niestety poległa w tej bitwie. Bardzo estetyczne opakowanie kryje w sobie coś, co na pierwszy rzut oka wygląda jak spełnienie marzeń kolumbijskiego przemytnika. Satynowy woreczek i proszek. Dużo białego proszku. Aż się prosiło zrobić to, co robią na amerykańskich filmach, czyli delikatnie naciąć woreczek i posmakować. No dobra, przyznaję się. Dokładnie tak zrobiłam. Brakowało tylko Ojca Chrzestnego u mego boku, chociaż mój mąż czasami potrafi posłać mi spojrzenie w stylu Marlona Brando. Wtedy wiem, że chyba przesadziłam z fochem i lepiej się nie zbliżać.

Wróćmy jednak do pudru. Do zestawu dołączono piórko do aplikowania, które na pierwszy rzut wygląda jakby je wyrwano prosto z jakiegoś dzikiego ptaka. Serio. Mój pies jak go zobaczył, to chciał od razu na niego polować. Piórko z założenia ma służyć do pozostawienia na ciele subtelnej, pudrowej poświaty, lecz w rzeczywistości zanim puder wyląduje na skórze, roznosi się wszędzie dookoła. A smak? Niestety, nie poczułam ani owoców ani egzotyki (może smak miodowy byłby lepszy?). Puder od Shungi zawiódł moje oczekiwania i chyba zostawię go sobie na ewentualność, gdyby znów dopadła mnie znienawidzona angina, a tyłek bolałby od leżenia. Wtedy sobie przypudruję pupcię, aby nie cierpiała. Tak, tak zrobię.

 

 

Pomalujesz mnie?

Za to w boju na produkty do body paintingu Shunga zaprezentowała się zdecydowanie lepiej. Jako miłośniczka słodkości skusiłam się na farbkę do ciała o smaku belgijskiej czekolady. Bojąc się nieco chemicznego posmaku, na początku ledwie musnęłam językiem aplikator zamoczony w farbce. Za pierwszym razem – smakowało nieźle. Za drugim – kiedy farbka była zlizywana już z ciała – smakowała jeszcze lepiej! Jej plusem jest, że szybko gęstnieje, nie rozlewając się na boki. To pozwala na wiele cielesno-plastycznych wariacji, a potem na dłuuuuugie konsumowanie. Dzięki temu, że jest na bazie wody, bez parabenów i sztucznych barwników – jest bezpieczna dla organizmu, zatem możecie ją testować na/w różnych zakamarkach ciała. Wszystko będzie zależało od Waszej wyobraźni. Aż chce się powiedzieć – zjem Cię! 😉

Ja za to wiem, że gdy dopadnie mnie babska chandra, to zamiast kupować pudełko lodów, będę sobie dziamdziać czekoladową Shungę (w ofercie są również smaki waniliowo-czekoladowe oraz… wina truskawkowego), bo jest po prostu pyszna!

 

Jak zatem sprawdził się tusz Poême Sweetheart Cherry firmy Bijoux? Po otwarciu pachnie ładnie wiśnią. A po spróbowaniu ma się także ochotę dodać nieco spirytusu i zrobić z niego niepowtarzalną wiśnióweczkę (inne warianty smakowe to karmel i truskawka). Do zestawu dołączone jest leciutkie piórko, z wyostrzoną końcówką, ułatwiającą aplikację i robienie esów-floresów. Tusz ma inną konsystencję niż farbka od Shungi. Bardziej wodnistą i szybciej wchłaniającą się w skórę. Przez co trzeba go zużyć więcej, gdy chcemy na ciele wykonać trwalszy malunek. Dlatego w bitwie na produkty do malowania ciała pierwsze miejsce przyznaliśmy z mężem Shundze.

 

Podsumowując, w kategorii pudry głównie miejsce na podium należy się Bijoux, zaś w body paintingu – zwyciężyła Shunga.

Przyjemne zaskoczenie

Kosmetyki erotyczne to była dla nas nowość, ale mieliśmy wielką frajdę w ich testowaniu. Uśmialiśmy się przy tym co nie miara, choć trudno nam było trzymać żądze na wodzy i dość szybko odpłynęliśmy w świat smakowitych doznań, liżąc i podgryzając się naprzemiennie. Bez wątpienia zabierzemy opisywane cudeńka na kolejną organizowaną przez nas apartamentówkę, bo widzimy w nich ogromny potencjał w swingerskich zabawach integracyjnych.

Poza tym mój mąż stwierdził, że produkty do body paintingu idealnie sprawdzą się na Wielkanoc i nawet nie odmówi wtedy malowania jajek 😀 Haha, na pewno mu tego nie odpuszczę!

Tekst: Luiza (i główny tester – Eryk).

P.S. Z okazji recenzji mamy dla naszych czytelników specjalną promocję przygotowaną ze sklepem LustShop. Na wszystkie opisywane produkty (wraz z ich smakowymi odmianami) będzie obowiązywać aż 20% zniżka! Aby z niej skorzystać, w panelu zakupowym wpiszcie tylko hasło (jednorazowego użytku): SWM2018. Promocja trwa do niedzieli 18.11 do 23.59. 

https://lustshop.pl/kontakt/kody-rabatowe/