NIC SIĘ NIE ZMIENIŁO

Świat się nie zawalił. Strona nie zniknęła. Czytelnicy byli i są. Po raz kolejny przekonałam się, że nic się nie zmieniło. Że mogłam zniknąć z mężem na kilka dni, a potem i tak miałam do czego wrócić.

Przyznaję, że się pogubiłam. Że dałam się wkręcić w kołowrotek życia online. Zaraz po przebudzeniu sprawdzałam nowe powiadomienia. Pisząc teksty, w tle miałam odpalone social mediowe zakładki. Czekając na przystanku na autobus, stałam z nosem wlepionym w mały ekran.

Myślałam, że tak trzeba – być ciągle uważną i czujną. Szybko reagować na nowe komentarze, jak najprędzej odpisywać na nadchodzące wiadomości. Także kosztem życia prywatnego… Także kosztem własnego zdrowia…

Basta!

Aż wreszcie nadszedł taki moment, że poczułam konieczność przerwania tego bezsensownego poczucia bycia w ciągłej gotowości. Staram się wyznaczać w ciągu dnia konkretne godziny, kiedy funkcjonuję w świecie wirtualnym, ale jeszcze bardziej staram się celebrować chwile odłączenia. Kiedy, telefon idzie w odstawkę, komputer zostaje wyłączony, a ja mogę skupić się na własnych odczuciach.

Blog pomalutku przeistacza się w pewien sposób na życie, również finansowo. Zakładając go z Erykiem wiedzieliśmy, że na efekty będziemy musieli poczekać kilka lat, bo żeby pisać – trzeba mieć dla kogo. I tak systematycznie, z miesiąca na miesiąc wkładamy wiele serducha w docieranie do nowych osób, gdyż wszelkie nasze przyszłe literackie dokonania będziemy chcieli wydawać i dystrybuować… samodzielnie. Nie przez wydawnictwo, które zgarnie całą śmietankę dla siebie, zostawiając dla autorów same ochłapy. Piszemy z pasją, piszemy o naszym życiu. I tak, piszemy też, aby móc na swojej twórczości zarabiać.

Ordnung muss sein

I tu pojawiła się kolejna pułapka. Kierując się wszelkimi wskazówkami zawartymi w blogerskich poradnikach, narzuciłam sobie reżim, że na stronie powinny pojawiać się przynajmniej dwa wpisy w tygodniu. Gdy nie opublikowałam tekstów w wystarczającej ilości, czułam się nieefektywna. Pisząc bardziej obrazowo – że dawałam dupy i to zdecydowanie w mało przyjemny sposób. To z kolei sprawiało, że radość z pisania gdzieś znikała, a powstające felietony były smutne i melancholijne.

Żeby pisać o życiu, trzeba żyć, a mi ostatnio brakowało tego życia w życiu. Jedynie na urlopie czułam, że mogę wszystko. W głowie układały mi się zdania kolejnych powieści, ale po powrocie to wszystko ulatywało, a ja traciłam dni na bezmyślnym klikaniu w wyświetlające się propozycje “To na pewno ciebie zainteresuje…”. Nie interesowało, ale straconego czasu nigdy nie odzyskam.

Ostatni wyjazd uświadomił mi, że choć nic się nie zmieniło, to zmieniło się wiele. Ja się zmieniłam, a raczej zmieniam się, gdyż wcale nie tak łatwo jest wyplenić zakorzenione nawyki. Ale jestem przekonana, że jak tylko uda mi się uspokoić wewnętrzne ja, to powróci pisarska pewność w duecie z weną. Trzymajcie za mnie kciuki, albo inną część ciała, którą lubicie trzymać 😉

Tekst: Luiza

Fot.: engin_akyurt/Pixabay

PRZECZYTAJ: https://swingwithme.pl/zatrzymana-chwila/

Author:

Lubimy kawę. I to w każdej postaci. Także tej wirtualnej.

Mamy też marzenie, aby nasze zmysłowe opowiadania erotyczne przeniosły się na papierowe kartki i mobilne urządzenia.

Chcemy pisać. Dla Ciebie i dla innych. Możemy połączyć siły. Jeżeli najdzie Cię ochota, to zaprosisz nas kawę. A my odwdzięczymy się nowymi wpisami, a w przyszłości - piękną książką. Ba! Książkami!

Więcej informacji: https://swingwithme.pl/zapros-nas-na-kawe

Nasz profil na Ko-fi: https://ko-fi.com/swingwithme