ZAGUBIONA W MARRAKESZU. CZĘŚĆ I

Zawsze chciała tam pojechać. Marrakesz jawił się w jej głowie, jako miasto będące kwintesencją egzotyki. Zapachy przypraw, kręte i wąskie uliczki prowadzące w nieznane, i ona z plecakiem idąca tam, gdzie oczy ją poniosą albo gdzie serce podpowie kierunek.

Podróże były jej potrzebne do życia niczym tlen do oddychania. Tyle miejsc czekających na odwiedzenie, tyle doświadczeń do przeżycia… Chciałaby podróżować częściej, ale wojaże zawsze wymagają czasu i pieniędzy, a to w połączeniu z pracą na etacie, nie zawsze szło w parze. Ale postanowiła, że chociaż raz do roku, wybierze się gdzieś dalej poza Europę, by poznawać kulturę krajów tak odmiennych niż tradycje Starego Kontynentu.

Bilety lotnicze nie były drogie, ale najkorzystniejszą opcją był lot do Agadiru, a potem autobusem do Marrakeszu. Nie bała się samotnych podróży. Miała już za sobą kilka dalszych samotnych wycieczek. Nauczyła się, że samotność jest jej towarzyszką, nie obciążeniem, chociaż podróże we dwoje miały zupełnie inną magię. To było coś wspaniałego – móc dzielić się z kimś swoimi spostrzeżeniami, tak „na już, na teraz”, iść z ukochaną osobą za rękę i wspólnie decydować, którą drogę wybrać będąc na rozstaju. Ale to przeszłość. Piękna, choć bolesna przeszłość. Nic nie zagoi rany w jej sercu, a szukanie mężczyzny zastępczego nie leżało w jej naturze. Ten, którego kochała był ciągle w jednym miejscu, a ona go odwiedzała, gdy potrzebowała z kimś porozmawiać. Zawsze z nowym zniczem do zapalenia.

***

Agadir był miastem typowo turystycznym. Szerokie plaże otoczone hotelowymi budynkami, a przed każdym hotelem uzbrojony ochroniarz. Tak na wszelki wypadek. Zresztą od znajomych, będących w Maroko dwa lata wcześniej, dowiedziała się że po 21.00 lepiej nie wychodzić z hotelu. Posłuchała tej rady, bo gdy tylko zapadał zmrok, na ulice wyjeżdżały na skuterach agresywne nastolatki, potrafiący wyrywać kobietom torebki bądź otwierać drzwi do taksówek celem szybkiej kradzieży bagażu. Wolała nie prowokować losu.

Za to rankiem wybrała się na plażę, by usiąść na piasku i delektować się widokiem na Ocean Atlantycki. O spokoju jednak nie było mowy, bo plaża pełna była ludzi, tak bardzo kontrastujących ze sobą. Europejscy turyści ubrani w przewiewne stroje i muzułmanki zakryte od stóp do głów.

A wszyscy choć jesteśmy tak różni, to naprawdę jesteśmy tacy sami – pomyślała.

W tle majaczyła niewielka góra z arabskim napisem „Bóg, ojczyzna, król”. Król był dla Marokańczyków postacią wręcz świętą. W witrynach sklepowych, na straganach – wszędzie widniała jego podobizna.

Jak nie monarchia, to dyktatura pod płaszczykiem martwej demokracji. Ludzie nie potrafią żyć bez władzy nad sobą ­dopadła ją podróżnicza dygresja.

Na górze znajdowały się ruiny cytadeli z XVI w. – jeden z bardzo nielicznych zabytków Agadiru. Nie miała sprecyzowanych planów na ten dzień, więc postawiła sobie cytadelę ze cel wyprawy. Po drodze minęła urokliwą marinę i coś na kształt targu rybnego, gdzie od razu można było skonsumować pyszności prosto z oceanu. Przed wejściem na górę, roiło się od taksówkarzy, przekrzykujących się w zachętach do skorzystania z ich podwózki. Nowe buty nieco obcierały jej kostkę, dlatego postanowiła, że w jedną stronę zafunduje sobie czterokołowy komfort, a w drugą – zejdzie sobie nieśpiesznie. Przed ruinami rozłożone były kramiki ze wszystkimi typowymi turystycznymi pierdółkami: breloczkami, bransoletkami, amuletami szczęścia. Nie miała ochoty na wysłuchiwanie targujących się handlarzy, wolała pochodzić wśród dawnych murów. Poczuć atmosferę przeszłości, delektować się wolności przestrzenią. Bycie na wysokości dawało jej poczucie szczęścia i niezależności. Czuła się odrębną, a jednocześnie integralną częścią świata. A gdy wiatr muskał jej policzki, poczucie samotności stawało się jakby mniejsze…

***

Następnego dnia miała autobus do Marrakeszu. Czekała ją ponad 250 kilometrowa podróż. Trzy godziny podziwiania pustynnych widoków, z pojedynczymi budynkami o piaskowym kolorze stojącymi przy drodze. Krajobraz był jak stale przewijająca się taśma, nic się nie zmieniało w otoczeniu. Nieoczekiwanie kierowca zatrzymał się po środku niczego.

Krótka przerwa. Pokażę wam coś ciekawego – rzekł wyłączając silnik.

Zaintrygowana wysiadła z autokaru.

Chodźcie, chodźcie bliżej – zachęcał kierowca.

Zrobiła kilka kroków do przodu. W ich stronę szedł pasterz prowadzący stado kóz. Oślepiające słońce przesłaniało jego sylwetkę.

Widzisz tam, na górze? Ojejku, jakie to niesamowite! – jakaś drobna blondynka szczebiotała do swego chłopaka. Koniecznie zrób mi zdjęcie!

Kozy skubały każdy możliwy kawałek zieleni, a w poszukiwaniu jedzenia, konsumowały nawet liście na drzewach. Wyglądały jak wielkie bombki na ogołoconych gałęziach.

Masz, trzymaj. 10 euro i możesz ją zabrać – pasterz próbował wcisnąć jej na ręce małą kózkę, która w przerażeniu beczała za zagubioną mamą.

Nie mogę jej wziąć. Tu jest jej miejsce – odpowiedziała stanowczo, kończąc stanowczo handlową dyskusję. Pasterz odpuścił, ale naciągnął na kilka euro naiwną parę, bo blondyneczka koniecznie chciała zabrać kozie maleństwo ze sobą. Na szczęście w ostatniej jej chwili, jej do tej pory ustępujący we wszystkim chłopak, pokazał siłę charakteru i nakazał powrót do autobusu. Blondynka nie odezwała się do niego później przez całą drogę, a on przez moment miał święty spokój. Reszta współpasażerów również.

***

Od dworca autobusowego do mediny, czyli starego miasta były ponad trzy kilometry. Spodziewała się, że gdy tylko wysiądzie z autokaru, wciągnie ją wir miasta, ale było zupełnie inaczej. Przywitały ją opustoszałe ulice ze śmieciami walającymi się po chodniku. Lecz wystarczyło przejść kilka przecznic dalej, by miasto nabrało kolorytu.

Jemaa El Fna – to tutaj pragnęła dotrzeć. Zanurzyć się w esencji orientu kreowanej przez opisy w przewodnikach i filmach podróżniczych. Główny plac Marrakeszu z tysiącami budek, zaklinaczami wężów i treserami małpek. Coś tak odmiennego od tego co znała na co dzień.

Wyciągnęła aparat, by uwiecznić niepowtarzalny klimat bazaru, ale zaraz usłyszała wołanie bakszysz, bakszysz! Miała w kieszeni kilka drobnych dirhamów, ale wężowy czarodziej nie był usatysfakcjonowany podarowaną kwotą. Krzyczał o więcej, lecz ona pokazała mu, że ma puste kieszenie. Zdenerwowany chwycił z ziemi jednego z wężów, chcąc zarzucić gada na jej szyję. Spłoszona uciekła, wyzywając go od najgorszych. Weszła w alejkę prowadzącą do suku – wielkiego targowiska, będącym poniekąd osobnym miastem w mieście. Tutaj można było kupić wszystko – od srebrnych imbryków do zaparzania marokańskiej miętowej herbaty, poprzez figi i daktyle, a na pralkach kończąc. Krzykliwa różnorodność i głośni sprzedawcy. Przez moment przebywanie w suku było fascynujące. Mogła wszystkiego dotknąć, cieszyć zmysł powonienia wyrazistymi aromatami przypraw i owoców, ale szybko obecność tam stała się przytłaczająca. Co chwilę ktoś ją zaczepiał, szarpiąc nawet za rękaw letniej koszuli. Czuła się jak w pułapce.

Muszę stąd wyjść, i to jak najszybciej – motywowała siebie na głos. Przedzierając się przez tłum, wreszcie wydostała się na zewnątrz. Zobaczyła kierunkowskaz prowadzący do pałacu El-Badi. „Niezrównany pałac” – tak można przetłumaczyć jego nazwę. Niegdyś perełka architektoniczna, zbudowana z materiałów przywożonych z całego świata, dziś w większości ruiny otaczające baseny i drzewa pomarańczowe. I dom dla… bocianów przylatujących tu na zimę. Widząc klekoczące boćki poczuła się bezpiecznie, tak samo, gdy obserwowała je u swojej babki na wsi. Swojski klimat rozluźnił ją i wymazał z pamięci nieprzyjemną atmosferę targowiska, z którego niedawno uciekła. Zachodzące słońce okalające dachy Marrakeszu hipnotyzowało pomarańczowym pięknem, a ona cieszyła, że może wreszcie to zobaczyć na własne oczy, a nie tylko na zdjęciach z folderów biur podróży.

 

***

Promienie słoneczne chowały się poza linią horyzontu, a wraz z nimi ciepłe powietrze ustępowało miejsca chłodniejszej aurze. Wyciągnęła z plecaka gęsto tkany szal o kolorze lazurowej wody. Opatuliła się nim i w telefonie włączyła mapę offline, by sprawdzić najszybszą drogę do hotelu. Nie było to łatwe zadanie. Uliczki mediny krzyżowały się i plątały ze sobą niczym naczynia krwionośne skomplikowanego w budowie organizmu. Na szczęście mąż nauczył ją jak sprawnie posługiwać się mapami. Zawsze to on był jej przewodnikiem. Jemu wystarczyło zaledwie kilka spojrzeń na mapę, by wiedzieć dokąd iść. Ona potrzebowała więcej czasu, ale radziła sobie. Zresztą nie miała teraz wyboru. Musiała sobie radzić, lecz kiedy dopadały ją momenty zwątpienia i miała ochotę rzucić wszystko w cholerę, słyszała w głowie jego głos.

Spokojnie kochanie, poradzisz sobie.

Wierzyła mu, tak jak wierzyła przez wszystkie lata spędzone razem. Mieli tyle planów, tyle wspólnych marzeń. Wszystko to zostało im zabrane przedwcześnie i zbyt brutalnie.

Wyjazd służbowy jakich wiele.

Będę o 20.00. Zrobisz coś pysznego do jedzenia? – napisał jej w smsie.

Kolacja już czeka na Ciebie. Tak jak ja – odpisała.

Nie doczekała się. O północy odebrała telefon ze szpitala. Zrozumiała jedynie słowa wypadek, nie żyje, przykro mi, identyfikacja zwłok.

Kolejne tygodnie przeżyła jakby w hibernacji. Sen przerywała na wyjście do toalety i zjedzenie czegoś. Rodzina i przyjaciele systematycznie odwiedzali ją bądź dzwonili z zapytaniem czy czegoś nie potrzebuje.

Wszystko, czego potrzebowała – straciła. Więc po co miała żyć? Raz wybrała się do apteki po środki uspokajające i nasenne. Miała ambitny plan połknięcia ich za jednym zamachem. Ale w ostatniej sekundzie coś ją powstrzymało. Przypomniała sobie film „Między piekłem a niebem” z Robinem Williamsem i scenografię miejsca, do którego trafiają samobójcy. Ta wizja była tak przerażająca, że wyrzuciła pigułki do śmieci i od razu wyniosła do osiedlowego śmietnika, by więcej głupia pokusa jej nie nawiedziła.

Ogarnij się kobieto. On by nie chciał, abyś się poddała. Zrób to dla siebie i dla niego.

Znalazła dobrze płatną pracę, zaczęła uprawiać jogę i medytację. Codziennie rano oraz wieczorem wykonywała ćwiczenia oddechowe, dzięki którym odnalazła spokój i równowagę. Zaczęła podróżować. Wpierw niedalekie ekspedycje, z czasem leciała coraz dalej. A teraz była w Marrakeszu, na afrykańskiej ziemi.

***

– Lady, come. I will show you spicy market! W drodze do hotelu zahaczył ją zakapturzony mężczyzna. Zobaczył, że szuka czegoś w telefonie, i przez tę chwilę nieuwagi stała się łatwą zdobyczą. Samotna turystka, na dodatek zagubiona. Cel idealny.

Odpowiedziała mu kulturalnie, że nie wybiera się na żaden targ przypraw, ale on z agresją w głosie zasugerował, że jednak powinna z nim iść. Obejrzała się. Za nią stało już dwoje innych mężczyzn.

Oddaj plecak – rozkazał jeden z nich łamaną angielszczyzną.

Rozum podpowiadał być posłuszną, ale w plecaku miała wszystkie dokumenty i aparat z jeszcze nie zgranymi zdjęciami. Choć wydawało się jej, że bez szans, postanowiła spróbować ucieczki. W oka mgnieniu przypomniała sobie podstawowe techniki samoobrony z kursu, na który chodziła kilka lat temu. Pamiętała, jak kiedyś też mąż ją uczył – pamiętaj, faceta kop w jajach i uderzaj po uszach. Nie dość, że zmięknie mu to i owo, to jeszcze zaburzysz jego zmysł równowagi. A to daje ci czas na reakcję. Wykorzystała moment zamieszania, który wywołała, i co sił w nogach zaczęła uciekać, chowając się w ulicznym labiryncie. Teraz już nie oglądała się za siebie, tylko biegła ile miała tchu.

Dotrzeć do Jemaa El Fna, znaleźć się wśród ludzi. Tam będzie bezpieczna.

Tłum zaczął się zagęszczać, a to znaczyło, że podąża w dobrym kierunku. Za sobą usłyszała głos goniących ją mężczyzn. Doganiali ją.

W gonitwie wpadła na przypadkowego przechodnia. Mężczyzna, na pierwszy rzut w podobnym wieku i na pewno też przyjezdny. Zdradzał go jaśniejszy kolor skóry, trekkingowy plecak i sportowe buty.

– Pomożesz mi? – zapytała przestraszona.

Od razu wyczuł, że dzieje się coś niedobrego. W jej oczach widział przerażenie. Kątem oka dostrzegł też podejrzanych typów zbliżających się w biegu. Szybko poukładał w głowie elementy układanki. Samotna kobieta uciekająca przed nieznanymi facetami. Tu nawet nie trzeba było dedukcji rodem z Sherlocka Holmesa.

– Chodź ze mną – chwycił ją za rękę i pobiegli razem w stronę targu. 

Tekst: Luiza

Fot.: Swing With Me

PRZECZYTAJ: https://swingwithme.pl/zagubiona-w-marrakeszu-czesc-ii/

Lubisz to, co robimy? Niech inni też się o nas dowiedzą :)
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •