INNE ZASPOKOJENIE

Za nami aktywny weekend w Warszawie. Koncert Bon Jovi i dwie kompletnie różne wizyty w klubach. Podczas pierwszej – poszaleliśmy fizycznie. Podczas drugiej – chociaż nie zdjęliśmy z siebie ani jednej części garderoby – i tak czuliśmy się spełnieni. Tylko to było całkowicie inne zaspokojenie…

Przyznamy się. Kompletnie nie mieliśmy ochoty na niedzielne wyjście. Woleliśmy zostać w pokoju, odpocząć, pomiziać się czule niż znowu wbijać się w eleganckie ciuchy.

Najwyżej wpadniemy na dwie godzinki. Wypijemy piwko przy barze, pogadamy ze znajomymi i całuskami w policzek zakończymy wieczór- przekonywaliśmy siebie w myślach. Autosugestia wygrała.

W drodze ku wolności

W Warszawie jesteśmy częściej niż planujemy. Kiedy wydaje nam się, że następny raz, gdy odwiedzimy stolicę będzie dopiero za pół roku, okazuje się, że mijają dwa miesiące, a my znów gnamy A2, zwaną pięknie Autostradą Wolności. W rzeczywistości jest to chyba najbardziej zatłoczona autostrada w Polsce, gdzie co chwilę TIR wyprzedza TIR-a, pragnąc udowodnić swoją wielkość i przyspieszenie wyższe co najwyżej o sekundę. Takie wyścigi w dochodzeniu, a raczej w dojeżdżaniu.

Inna prawda o Warszawie jest też taka, że można ją kochać, jednocześnie szczerze nienawidząc. Albo te dwa skrajne uczucia pojawiają się naprzemiennie. Za każdym razem, gdy w samochodowym lusterku, warszawskie widoki coraz szybciej znikają, mąż pyta się mnie – Jak podobało ci się tym razem? Odpowiedzi są dwie: albo chujowo, tudzież zamiennie do dupy, albo – było niesamowicie.

I ten wypad zaliczę do kategorii było niesamowicie. Eryk zresztą też. Bowiem, gdy opuszczaliśmy mury niedzielnego chillout`u w ośrodku spa na Mokotowie (każdy wie o jakie miejsce chodzi), banan nie schodził nam z twarzy. Byliśmy zaspokojeni. Zaspokojeni intelektualnie.

Od tego się zaczęło…

Pamiętamy swój pierwszy raz w polskim klubie (zresztą miejsce to jest tożsame z tym opisywanym powyżej). Przeżyliśmy wtedy swoisty szok. Przekonaliśmy się, że w Polsce też takie rzeczy się dzieją i, że w ów kraju nad Wisłą, swingersi to nie tylko garstka odważnych ludzi, lecz cała społeczność. Czuliśmy się jak podróżnicy-eksploratorzy podpływający do brzegu nieznanej krainy. Odkryliśmy wtedy nie tylko nowy ląd świadomością określony, lecz także nowych nas.

Gdyby porównać częstotliwość naszych zabaw w klubie do ilości godzin spędzonych na rozmowach, to zdecydowanie bardziej przysługuje nam tytuł gawędziarzy niż hulaków. Już dawno nauczyliśmy się wyłączyć myślenie, że idąc do klubu COŚ musi się wydarzyć. Guzik prawda. Jak będzie chemia, to i materac będzie falował. A jak jej nie będzie, to postaramy się o skrzypienie łóżka w naszym hotelowym pokoju. Nie ma zabawy pod przymusem. Magia dzieje się wtedy, kiedy najmniej się jej spodziewasz.

Ostatni będą pierwszymi

I znów wyszliśmy ostatni z klubu. Nie, że mamy taką strategię, że czekamy do ostatniej godziny, aby puścić hamulce i dać się ponieść. Nie wynika to również ze złośliwości oraz podejścia iż obsługa lokalu ma łaskawie czekać, aż z piersi wydobędzie się ostatni jęk rozkoszy albo znajdą się majtki rzucone przez kogoś w kąt i to innego pokoju uciech. Absolutnie nie. Byliśmy ostatnimi gośćmi w lokalu, gdyż…  tak dobrze nam się rozmawiało.

To w klubie swingerskim się rozmawia? Dla niektórych pewnie ten stan rzeczy jest nie do przyjęcia, ale takie podejście dotyczy osobników traktujących klub jako burdel z ideologią swingu w regulaminie wydarzenia bądź “hotel jebadełko” z posuwaniem na godziny. Na szczęście, dość szybko następuje selekcja naturalna, gdzie takie zachowanie nie spotyka się z aprobatą, lecz z wypieprzeniem za drzwi z wizją bezpowrotnego odejścia.

Czyżby była nadzieja?

Pamiętacie wpis Nasza Warszawa? Wtedy czuliśmy, że coś straciliśmy. Coś nieuchwytnego w słowa, co sprawiało, że do Warszawy lecieliśmy jak na skrzydłach. Baliśmy się, że tego nie odzyskamy. Tymczasem po raz kolejny okazało się, że jak postawi się na odpowiednich ludzi, którzy w rozwój miejsca wkładają nie tylko nakład pracy i czasu, ale przede wszystkim serducho, to czas w klubie mknie nie jak Pendolino, lecz jak pociąg TGV.

Będąc w lokalu, nie chcemy czuć się jak niechciani goście, którzy na pół godziny przed zamknięciem są już wyganiani, a regulując rachunek słyszą, że jak zaraz nie wyjdą, to będą płacili za czyjeś nadgodziny, bo takie zachowanie jest po prostu nieeleganckie. Wszystko można powiedzieć w kompletnie inny sposób, a z tyłu głowy mieć świadomość, że nawet jak ktoś jest zobligowany do pracy w weekend, to inni zapieprzają przez cały tydzień, aby właśnie chociaż w końcówce tygodnia zaznać błogiego oderwania się od codzienności. Bądź przejeżdżają setki kilometrów by najzwyczajniej poczuć się nadzwyczajnie. Naprawdę, uśmiechem i dobrym słowem można zdziałać więcej niż podejściem spieprzaj dziadu.

Na plus. Duży plus.

Ale my przede wszystkim lubimy chwalić i opisywać to, co nam się podoba, dlatego doceniamy, że w ulubionym przez nas miejscu pojawiły się świeczki, kącik z shishą, nowe drinki rozpisane kredą na tablicowej ścianie przy barze, ale to co najważniejsze – że znów w lokalu znaleźli się ludzie, dla których chce się przychodzić. Tęsknimy za “starą gwardią” lokalową, bowiem ostatnio albo nie możemy na siebie natrafić, albo po prostu brakuje czasu, żeby zamienić ze sobą kilka zdań, bo obowiązki na to nie pozwalają. Ubolewamy nad tym bardzo i mamy nadzieję, że następnym razem będziemy mieli dla siebie więcej czasu. Natomiast na uwagę zasługują osoby, z którymi mieliśmy okazję niedawno się poznać:

Ania – witająca każdą przybyłą osobę spojrzeniem pełnym blasku i pozytywnej energii oraz niepowtarzalny duet Michał i Marta. Nie dość, że atrakcyjni, to jeszcze inteligentni i mega sympatyczni. Dzięki takim osobom z obsługi, klub staje się miejscem nie tylko seksualnej wymiany, ale to co istotne – miejscem spotkań i niepowtarzalnej wymiany, ale historii, doświadczeń i przemyśleń. Miejscem, gdzie w szatni chowane są wszelkie troski i problemy, a po przekroczeniu progu zasłoniętego kurtyną, miejscem wyluzowania i zaznania wręcz przyjacielskiej atmosfery.

I właśnie tak powinno być.

Tekst: Luiza i Eryk

PRZECZYTAJ: https://swingwithme.pl/jak-jest-w-lavie/

Author:

Lubimy kawę. I to w każdej postaci. Także tej wirtualnej.

Mamy też marzenie, aby nasze zmysłowe opowiadania erotyczne przeniosły się na papierowe kartki i mobilne urządzenia.

Chcemy pisać. Dla Ciebie i dla innych. Możemy połączyć siły. Jeżeli najdzie Cię ochota, to zaprosisz nas kawę. A my odwdzięczymy się nowymi wpisami, a w przyszłości - piękną książką. Ba! Książkami!

Więcej informacji: https://swingwithme.pl/zapros-nas-na-kawe

Nasz profil na Ko-fi: https://ko-fi.com/swingwithme