Myśl o założeniu bloga powstała ponad 4 lata temu. Pierwsze doświadczenia, pierwsze wątpliwości, pierwsze pisarskie próby. Takie dla siebie, intymne, tylko nasze.

Pierwszy czytelnik był jak skarb. Pierwsza setka czytelników – stawiała bardziej na nogi niż setka wybornej wódki. Pierwszy tysiąc – nakręcał do działania jak tysiąc kilometrów wspaniałej podróży. Gdy statystyki wykazywały kilkanaście tysięcy unikalnych użytkowników – przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Ktoś chce nas czytać. Nas! – niszowy blog o jeszcze bardziej niszowym temacie. Tylko dla wybranych.

I to były piękne lata. Czuliśmy się jak Kolumb stawiający pierwsze kroki na dziewiczym lądzie. Nie, nie przypisujemy sobie rolę pioniera, bo ludzie swingowali od czasów starożytności i będą swingować, ale mieliśmy świadomość, że tworzymy coś wyjątkowego. Coś czego w naszym kraju nie było. Pełni zapału tworzyliśmy kolejne wpisy…

Kim ty jesteś???

Pierwszy kryzys pojawił się szybko. Pewien „życzliwy” znajomy sprawił, że nasz tekst pojawił się na Wykopie. „Nie jestem kurwą. Nie jestem dziwką. Jestem swingerką” to zapis moich emocji, wrażeń, wątpliwości po pierwszej wizycie w apartamencie na kilka par. Wtedy wszystko było pierwsze, nieznane. Nie da się tego zastąpić innym słowem. Wówczas jeszcze mieliśmy blog postawiony na darmowej platformie Onetu. Chcieliśmy sprawdzić czy w ogóle to całe blogowanie nam się spodoba. I podobało się do czasu, kiedy nasz artykuł nie ukazał się na tym Wykopie. Nagle posypały się komentarze wyzywające mnie od najgorszych, a Eryka od alfonsa albo gościa niestabilnego psychicznego. Część z nich pokasowaliśmy, ale część z nich została. Przeczytajcie je sobie. Tak dla rozeznania sytuacji. Teraz wiemy, że w ogóle nie powinniśmy marnować czasu na odpisywanie tym maluczkim koniobijcom, a z całą pewnością – nie powinniśmy brać ich słów do siebie. Ale wtedy tego nie wiedzieliśmy. Zwątpiliśmy, ale się nie poddaliśmy.

Albo grubo, albo wcale

Później zrozumiałam, że jeżeli chcę się poświęcić pisaniu, to nie pogodzę tego z ośmiogodzinnym dniem pracy, studiami (bo ja zawsze byłam uzależniona od zdobywania nowej wiedzy), innymi obowiązkami zawodowymi oraz codziennym, domowym życiem. No nie da się. Bo albo robisz coś na serio, albo lepiej w ogóle tego nie robić. Po prostu mam wrodzoną alergię na bylejactwo. Wówczas uzgodniliśmy z mężem, że ja biorę na siebie rozwój bloga, on zaś dba o nasz materialny byt.

I tak miesiąc za miesiącem rosły zasięgi, a czytelników przybywało. Powoli stawało się o nas coraz głośniej. Podobno miarą popularności jest ilość hejtu. Jeżeli tak, to chyba faktycznie byliśmy popularni. Wraz z lawinową ilością wulgarnych komentarzy, wzrastała liczba agresywnych maili, łącznie z pogróżkami o spaleniu nam chaty albo zafundowaniu mi niezapomnianego gang-bangu. To niestety nie jest żart. Wtedy też zaczęliśmy się zastanawiać i zadawać sobie pytanie – po co nam to? Po co prowadzimy bloga ryzykując utratą poczucia bezpieczeństwa? Po co chcemy dawać siebie, nie otrzymując nic w zamian?

Quo vadis?

Mieliśmy wrażenie, że utknęliśmy w martwym punkcie. Kilkakrotnie zastanawialiśmy się nad opcją „Skasuj stronę”. Ale wówczas zaczęły przychodzić inne maile. Ludzie pisali, że dzięki nam otworzyli się na nowe, seksualne doznania albo w listach prosili nas o poradę. Poczuliśmy ciężar odpowiedzialności. Uświadomiliśmy sobie, że nasze słowa nie trafiają w próżnię, tylko realnie mogą wpłynąć na czyjeś życie. Poczuliśmy przypływ energii jak nigdy wcześniej. Dojrzeliśmy światełko w tunelu, choć wcześniej wydawało nam się, że wjechaliśmy na ślepy tor.

Oczywiście pojawiły się też próby podkradania naszych tekstów i publikowania ich bez naszej zgody. Powstawały nowe profile na FB, próbujące skopiować tworzone przez nas treści i podrabiające nasz sposób komunikacji z czytelnikami. Tylko to, co autentyczne jest nie do podrobienia. Ów profile podziałały kilka miesięcy i zniknęły w otchłani Internetu. Zabrakło im chęci i wytrwałości w budowaniu własnego stylu. Ich nie ma, my jesteśmy. Jeszcze jesteśmy.

Zależy nam, aby aktywność swingersów była w Polsce coraz bardziej widoczna. Aby każdy kto ma chęć pisania na ten temat, pisał bez obaw, że za chwilę będzie obrzucony wyzwiskami. Ale do tego trzeba mieć twardą dupę i jeszcze twardsze serce, bo gdy czytasz po raz kolejny powielane kłamstwa, powoli zaczynasz w nie wierzyć. Dlatego i pod tym względem swing jest dla wybranych.

Lans na swing

W maju b.r. Polskę ogarnęło medialne szaleństwo. W przeddzień Swing United, Wirtualna Polska napisała, że ludzie będą się pieprzyć w Pałacu Kultury! Wyobrażacie to sobie – orgia w stolicy męczonej marszami i barykadami przy Wiejskiej!? Podchwyciły to inne portale, a w komentarzach ludzie nie kryli oburzenia, pisząc że teraz będą się bali przechodzić obok PN, aby jakiejś francy nie złapać. Przecież swingersi to zło wcielone okraszone rzeżączką i opryszczką dla urody.

Od tamtej pory, swing stał się tematem numer jednej na Wirtualnej. Średnio raz w tygodniu pojawia się jakiś nędzny artykuł spłaszczający tematykę swingu do maksimum i powielający utarte mity, że swing to przede wszystkim ostatnia deska ratunku dla związków w kryzysie. Albo określające swing jako zdradę kontrolowaną. To nie jest kurwa zdrada, bo zdrada jest wtedy, kiedy jedna strona nie wie, co robi druga. Gdy jedno z partnerów myśli, że jest kochane, podczas gdy jego druga połówka potajemnie pieprzy kogoś innego. W swingu wszystkie decyzje podejmuje się RAZEM!!! Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć?

Jak grzyby po deszczu wyrośli również sex coache i coachanki (wszak bądźmy poprawni językowo, nawet w zapożyczeniach róbmy sztuczny podział na płeć), którzy albo wyglądają jak hipsterzy po dopiero skończonej imprezie albo dziunie robiące fachową minę w dziubek. Łączy ich jedno – sztuczne pierdolenie o czymś co jest prawdziwe. Udawanie, że ma się pojęcie o emocjach, których się nie przeżyło. Słabe. Powinno się wprowadzić zakaz rozprawiania o swingu dla tych, którzy nie swingują wcale. Albo przychodzą do klubu swingerskiego i już uważają się za swingersów. Za dużo jest obłudy w tym środowisku.

Od siebie

Ten rok był dla nas trudnym rokiem. Kilka wydarzeń wstrząsnęło nami. Dogłębnie, boleśnie. Musieliśmy przemeblować swoje spontaniczne, ale jednak ułożone życie. Odnaleźć na nowo w sobie siłę. Przez ostatnie pół roku dużo płakałam. Myślałam, że łzy mają swój limit, ale jednak zapas ich jest nieskończony. Trudne doświadczenia mają jednak w sobie tę moc, że cementują i tworzą fundamenty na to co przyniesie przyszłość. Ogarnęliśmy się, zafundowaliśmy sobie kolejną rewolucję i wróciliśmy do swingu. Bo tak szczerze przez minione miesiące swing nawet nie był nam w głowie. Bowiem jak tu swingować, kiedy powieki są opuchnięte od nieprzespanej nocy pełnej smutnych wspomnień? Jak znaleźć w sobie chęć do zabawy, kiedy serce było ściskane przez żal i bezsilność? Odpuściliśmy wówczas swingerskie przygody, bo zwyczajnie chcieliśmy być wyłącznie ze sobą. Jako kochankowie i jako przyjaciele.

Ale wróciliśmy. Wypad do Berlina na targi, apartamentówka, randki. Znów poczuliśmy się w swoim żywiole. Znów w naszych oczach pojawił się ten niepowtarzalny błysk…

Coś się psuje…

Tylko coś jest nie tak. Widzimy jak nasze zasięgi każdego dnia są ograniczane. Pomimo coraz większego nakładu pracy, efekty albo są takie same, albo wręcz maleją. To deprymuje i to bardzo. I znów zaczęliśmy sobie zadawać pytanie – po co nam to?

Google co chwilę zmienia swój algorytm pozycjonowania, spychając strony bez wykupionych reklam na sam dół. No cóż, z założenia prawo rynku. Facebook wprowadzając nowe standardy społeczności, kasuje jak leci wszystko co związane z erotyką. Nieważne czy jest to sklep z artykułami dla dorosłych czy profil pary zamieszczającej bardzo subtelne, acz zmysłowe zdjęcia, okraszone romantycznymi przemyśleniami. Nawet za zdjęcie okładki przeczytanej książki z odrobiną nagości kobiecego ciała, fejsbukowi admini potrafią zablokować konto. To już nawet przerosło Bareję i Orwella. Za każdym razem jak loguję się na profil, to zastanawiam się czy strona jeszcze istnieje czy nie. Jeszcze jakaś mania prześladowcza mi się włączy, bo mam wrażenie, że nasza aktywność jest zewsząd obserwowana. I oceniana. Kajdany cenzury coraz mocniejsze ślady zostawiają… Na psychice. Na motywacji. Na byciu sobą.

Nie przypuszczałam, że w poszukiwaniu alternatywnego miejsca, poniekąd będę musiała zakładać dla nas profil na rosyjskim portalu społecznościowym. Z założenia bez cenzuralnego bicza (SPRAWDŹ – https://vk.com/swingwithme). Czy to się sprawdzi? Czas pokaże.

Wolność kocham i rozumiem

Tylko my z Erykiem jesteśmy jak karaluchy. Im bardziej chce nas się zdeptać, tym szybciej znajdujemy kąt do przetrwania. Tym bardziej potrafimy być zauważalni. Czasami wręcz dokuczliwie.

Tylko dokąd to wszystko prowadzi? Jesteśmy dorosłymi ludźmi. Jako dorośli ludzie uprawiamy też seks, ale jako dojrzałe osoby, nie sprowadzamy seksu do sporadycznego numerka. Dla nas seks to wolność, to sposób na wyrażenie siebie, droga do zrozumienia podświadomości, most łączący zmysłami ciało i duszę. I tę wolność sukcesywnie nam się odbiera. W świecie wirtualnym, jak i rzeczywistym.

Zatem pojawia się kolejne pytanie – ile dla tejże wolności jesteśmy w stanie poświęcić? Na to jeszcze nie znamy odpowiedzi, ale wiemy, że to co się teraz dzieje będzie wymuszało na nas wiele trudnych decyzji.

Tekst: Luiza