RED CASTLE FALKENBERG – RELACJA

To miała być leniwa sobota. Taka z książką w ręku i szklanką chłodnej lemoniady domowej roboty. Ale już od przebudzenia się, seksualne napięcie unosiło się w powietrzu…

Wpierw rozkoszny poranek. Obudzenie męża delikatnymi pieszczotami zakończyło się jednoczesnym orgazmem. Później pieszczoty na kanapie i kolejna dawka rozkoszy. Było nam tak dobrze, że chcieliśmy więcej. Znów odezwał się we nas instynkt łowców przygód.

– Kochanie, pobroiłabym coś dzisiaj – powiedziałam zalotnie do męża. Nie musiałam nic więcej mówić. On już wiedział. Szybko odpaliliśmy niemiecki portal dla swingersów i przejrzeliśmy kalendarz wydarzeń na sobotni wieczór. Naszą uwagę przykuł Red Castle w miejscowości Falkenberg. Prawie 100 osób potwierdzających swoje uczestnictwo, ciekawy opis miejsca i odległość znacznie mniejsza niż do znanego nam Berlina.

– Jedziemy! – postanowiliśmy wspólnie.

Bez planu, bez oczekiwań

Spontaniczne akcje są najlepsze. Wielokrotnie się o tym przekonaliśmy. Co będzie to będzie. Nie nastawialiśmy się na nic, ale cieszyliśmy się, że odwiedzimy nowe miejsce i po prostu spędzimy czas ze sobą.

Droga ze Szczecina minęła nam błyskawicznie. Jadąc do Berlina, zawsze najwięcej czasu zabierało nam przebicie się przez miasto. Wszak Berlin nigdy nie zasypia. W nim ciągle coś się dzieje. To miasto jest jak zastrzyk adrenaliny, przyspieszający bicie serca. Ale ile można żyć w niestabilnej arytmii? Dlatego tak chętnie poszukujemy czegoś spokojniejszego, bardziej wysublimowanego.

Podjechaliśmy pod zamek. Była godzina 22.00, a na parkingu brakowało już miejsc. Drzwi otworzył nam uśmiechnięty mężczyzna w stroju gladiatora, który podpowiedział nam, gdzie możemy zostawić samochód. Wystarczyło odjechać niecałe 200 metrów i parkingowy problem został prędko rozwiązany.

Przez cały czas jazdy, nie stresowaliśmy się wcale. Ale jak zobaczyliśmy, że już tylu gości jest w środku, to jednak włączyła się mała trema. Niepowtarzalna mieszanka ekscytacji i strachu. Pragnienie bycia wewnątrz z jednoczesnym pragnieniem pozostania za progiem. Czy to mija? U nas to uczucie wciąż się pojawia i prawdę mówiąc nie chcielibyśmy go stracić, bowiem stanowi ono bodziec do próbowania nowych rzecz, przełamujący wstyd i wyrzucający z głowy wszelkie ograniczenia.

Pozytywne przeczucie

Od samego wejścia, czuliśmy, że to miejsce nam się spodoba. Zapalone świece, chłód cegieł, klimat tajemniczej niedostępności. Zaraz przy wejściu znajdowała się mała salka, z podwieszaną klatką i metalową, szeroką drabiną do zabaw związanych z przywiązywaniem, tudzież innych sposobów unieruchamiania. Do tego sofa w barokowym stylu dla obserwatorów. Obok, była szatnia. Szafki dość niewielkich rozmiarów, ale oferujące wystarczającą powierzchnię do plecaka i rzeczy na przebranie. Odzież wierzchnią zostawiało się na osobnych wieszakach przy wejściu. W szatni umieszczona była też toaleta, co choć stanowi bardzo wygodne rozwiązanie, w innych klubach niestety występuje rzadko. A szkoda, gdyż to naprawdę ułatwia przygotowanie się do „wejścia na salony”.

Oprowadzimy Was dalej. Idąc na pierwsze piętro, dotrzecie do strefy mokrej. Jacuzzi na osiem osób, sauna sucha i parowa, prysznice (jeden z nich opcją wylania na ciało po saunowaniu kubła z zimną wodą). Duża i dostępna półka z na bieżąco uzupełnianymi ręcznikami oraz wszelkie higieniczne niezbędniki – żele pod prysznic, dezodoranty, balsamy do ciała, zaś w każdej toalecie również odświeżający płyn do jamy ustnej i chusteczki do higieny intymnej. Mówiąc krótko – można się relaksować. Na tym samym piętrze, ale poza strefą spa, znajdowała się wnęka z podwójnym materacem, taki kącik do zabaw w mniejszym gronie, ale dla osób nie stroniących od podglądania.

Idąc schodami w górę, dojdziecie do baru. Ustawiony w literkę U sprzyja nawiązywaniu pierwszych kontaktów i flirtów spojrzeniem. Na tym samym piętrze, ulokowano również strefę cateringową, gdzie znajdziecie smakowite przekąski (głównie na zimno) oraz sałatki. Odseparowanie tej przestrzeni pozwala na swobodne konsumowanie, bez skrępowania i niezręcznych sytuacji związanych z obawami, że ktoś zobaczy, iż tu coś spadło, tu coś się wylało, albo niechciany kawałek jedzenia utknął między zębami. No co, przecież takie rzeczy się zdarzają 😉

Strefa zabaw

Na najwyższym piętrze znajdowały się pokoje do igraszek. Zaraz naprzeciw schodów, pokój z pojedynczym łóżkiem, na końcu którego był podwyższony fotel do uciech oralnych i penetracyjnych (nawet z niewielkim pufem obok, ułatwiającym panom operowanie językiem w pozycji siedzącej). Tuż obok – duży pokój z szerokim materacem do zabaw w większych układach oraz jeden mniejszy – gdy chciałoby się być tuż obok, ale jednak osobno.

Przyznamy, że na tak wielki obiekt, spodziewaliśmy się playroom`u o znacznie pokaźniejszych rozmiarach, ale z drugiej strony było tak jak lubimy – wszystko na widoku. Bez błądzenia po korytarzach w poszukiwaniu obrazów spełnienia innych bądź chęci znalezienia kawałka przestrzeni tylko dla siebie. Jeżeli ktoś chciał dołączyć, to pytał. Jeżeli ktoś chciał popatrzeć, to siadał na eleganckim krześle i obserwował. Proste zasady bez zbędnego komplikowania.

Chillout na dworze

Dla nas absolutnym hitem była urządzona strefa na zewnątrz. Kilka palenisk, z ustawionymi dookoła ławkami i… olbrzymia drewniana bala z gorącą wodą na kilka, jak nie na kilkanaście osób. Bajka. To było coś, czego nie widzieliśmy nigdzie indziej. Wyobraźcie to sobie… relaks w wodzie z widokiem na mały zamek i gwieździste niebo. Atmosfera sprzyjająca zarówno błogiemu odpłynięciu, jak i zmysłowym zabawom. Ponadto, to było dobre miejsce do nawiązywania rozmów i nieśmiałego poznawania się. Tudzież bardziej śmielszego.

Jesteśmy przekonani, że sukces lokalu zależy od właścicieli i zatrudnionej obsługi. To oni jako pierwsi budują odpowiedni nastrój, tworząc poczucie bezpieczeństwa, swobody i wyzwolenia. Musimy przyznać, że tutaj lokal dostaje od nas 5+. Właściciele sami do nas podeszli i rozpoczęli rozmowę. Bardzo ucieszyli się, że wreszcie przyjechał ktoś do nich z Polski. Miła odmiana po naszej ostatniej przygodzie w Insomnii, gdzie poczuliśmy się niechciani. Tutaj było całkowicie na odwrót. Uśmiechnięci, sympatyczni i otwarci na nowych gości. Kto wie, może następnym razem wynajmiemy busa i pojedziemy większą ekipą do Red Castle?

Jedyny minus jaki znaleźliśmy, to… muzyka. Zamkowa sceneria aż się prosi o klimatyczną muzykę. Sensualną, lecz nieco niepokojącą. Za to barmani nadrabiali pysznymi drinkami i to z zawartością alkoholu w wersji premium, a nie budżetowej.

Na pewno wrócimy do Red Castle, bo nie dość, że jest bliżej do Berlina, to na dodatek czerwony zamek ma wiele do zaoferowania. Wam też również polecamy to miejsce. A jak już tam będziecie, to wspomnijcie właścicielom, że dowiedzieliście się o nim z naszego bloga. Na pewno się ucieszą, a i nam sprawicie tym sposobem radość. Niech niesie się wieść, że w Polsce działa niesamowity blog Swing With Me, bo jak się okazuje – jesteśmy naprawdę unikatowi.

 

Adres klubu:

Eberswalder Straße 15b

16259 Falkenberg

Lokal nie ma jeszcze własnej strony internetowej, dlatego informacje o cenniku oraz o wydarzeniach znajdziecie na jego profilu na niemieckim portalu dla swingersów: https://www.joyclub.com/en/club/4734254.red_castle.html

Tekst: Luiza i Eryk

Fot.: https://www.facebook.com/RedCastle-2111069049172030/

Author:

Lubimy kawę. I to w każdej postaci. Także tej wirtualnej.

Mamy też marzenie, aby nasze zmysłowe opowiadania erotyczne przeniosły się na papierowe kartki i mobilne urządzenia.

Chcemy pisać. Dla Ciebie i dla innych. Możemy połączyć siły. Jeżeli najdzie Cię ochota, to zaprosisz nas kawę. A my odwdzięczymy się nowymi wpisami, a w przyszłości - piękną książką. Ba! Książkami!

Więcej informacji: https://swingwithme.pl/zapros-nas-na-kawe

Nasz profil na Ko-fi: https://ko-fi.com/swingwithme