REEPERBAHN I CLUB EQUINOXE – HAMBURG

Gotowi na kolejną wycieczkę po Hamburgu? Usiądźcie sobie wygodnie, zróbcie coś dobrego do picia i dajcie się poprowadzić po grzesznych zakamarkach tego miasta. Gotowi? To zaczynamy.

Naszym głównym celem sobotniego wyjścia był Club Equinoxe, ale zanim go Wam opiszemy, wpierw zabierzemy Was gdzie indziej.

REEPERBAHN

Dawniej…

Jedna z najsłynniejszych ulic w Niemczech, znajdująca się w dzielnicy grzechu i rozpusty – St. Pauli. Miejsce łatwo dostępnego seksu i erotycznego kiczu. Mieszanka brudnych pragnień i niezaspokojonych żądz. Poszliśmy tam za dnia, poszliśmy wieczorem. Poszukiwaliśmy kontrastów i je odnaleźliśmy. W ciągu dnia to miejsce dość niepozorne, acz specyficzne. Tu mijamy McDonald`s, nad którym widnieją zdjęcia roznegliżowanych pań z przyciągającymi hasłami „Eintritt frei” oraz „Sex 39 €”, a po przeciwnej stronie widzimy policyjny komisariat.

 

Reeperbahn w dawnych czasach był głównym celem marynarzy. Niedaleko znajdujący się port, sprawiał że dzielnica St. Pauli rozkwitała, pragnąć dać przybijającej klienteli jak najwięcej, tak aby nie musieli wydawać pieniędzy nigdzie indziej.

“Auf der Reeperbahn nachts um halb eins”Na Reeperbahn o w pół do pierwszej w nocy – to piosenka wywodząca się z filmu „Grosse Freiheit 7” z 1944 rok, rozsławiająca rozpustne uroki ulicy. Do dzisiaj uznawana jest za pewnego rodzaju hymn tegoż słynnego miejsca i można ją usłyszeć w nieco dawniejszych barach. Zaś sam film został zakazany w nazistowskich Niemczech, a jak wiadomo – owoc zakazany smakuje najlepiej, a dzięki temu sława Reeperbahn wychodziła poza wątłe granice innych państw.

Na Reeperbahn grywali również Beatlesi, co zostało uwiecznione poprzez nadanie nazwy jednemu placowi na skrzyżowaniu Reeperbahn  oraz Große Freiheit – Beatles Platz. Zatem, jak widzicie – działo się tam, oj działo.

… i obecnie

A jak jest teraz? Będziemy szczerzy – w ciągu dnia wyglądało to obskurnie. Mamy zwyczaj wchodzenia w różne zaułki, aby odkrywać miasta „od zaplecza”, ale tutaj bardzo szybko zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. Syf, kiła i mogiła. Dosłownie. Obsikane, obrzygane i obsrane bramy sprawiały, że samemu chciało się wymiotować. Wszędzie walające się śmieci i wszędobylscy bezdomni – aż miało się wrażenie, że od samego pobytu tam, brud przykleja się do włosów i skóry. Bleeee….

Ponoć jedną z najsłynniejszych tamtejszych knajp jest Ritze. Grafika z rozłożonymi damskimi nogami, sugeruje, że w środku można spodziewać się wszystkiego. Na pewno można tam zobaczyć ring bokserski, gdzie panowie rozwiązywali swoje problemy tłukąc się po prostu po mordzie. Co prawda nie wchodziliśmy tam, ale dowiedzieliśmy się, że o tym miejscu krążą niesłychanie historie. Podobno w latach osiemdziesiątych zastrzelono tam jednego z alfonsów, zaś w 2006 roku powiesił się tam Stefan Hentschel, zwany ojcem chrzestnym St. Pauli. Przyznacie, iż przeszłość Ritze jest dość… intrygująca.

… i wieczorem

Z racji tego, że pod wieloma względami pokręcone z nas osobniki, to przed pójściem do Equinoxe, postanowiliśmy odwiedzić Reeperbahn raz jeszcze i zobaczyć, jak zmienia swoje oblicze, gdy słońce chowa się za horyzontem, zastępowane przez światło migających neonów.

Ulica tętniła życiem. Pełno ludzi i to zarówno grup panów poszukujących burdelowych uniesień, jak i zwykłych turystów pragnących nieco posmakować ów zakazanego owocu. W nocy nie było widać brudu, czuć za to było atmosferę zabawy. Kluby i bary pękały w szwach, ludzie bawili się także na ulicy. Migoczące banery kusiły darmowym wejściem, darmowymi shotami, darmowymi drinkami. Tylko seks nie był darmowy. Wszystko to miało charakter seksualnego targu – wejdź do nas, na pewno podupczysz. Oczywiście były też zwyczajne bary, gdzie można było wejść i spędzić miło czas, bez konieczności zgłębiania się w kogokolwiek.

Jest też ulica Herbertstrasse, na którą wstęp mają wyłącznie mężczyźni. Kobieta, która zignoruje zakaz wstępu, na własną odpowiedzialność naraża się na niezbyt przychylne zachowania wobec niej. Ech, dziwne to trochę, ale to miejsce sprawdzimy następnym razem, bo tym razem musieliśmy sobie odpuścić ze względu na naglący nas czas przyjścia do klubu, a przyznam, że jako kobieta nie miałam ochoty czekać pod zamkniętą bramą na męża zwiedzającego ulicę Czerwonych Latarni. Następnym razem ja usiądę sobie gdzieś na piwku, a Eryka wyślę na zrobienie dla Was reportażu. Obiecujemy 🙂

CLUB EQUINOXE

Wreszcie tejże sobotniej nocy udało nam się dotrzeć do Club Equinoxe. Zabrakło tylko fanfar obwieszczających nasze przybycie. A tak na serio – imprezowanie dwie noce pod rząd i aktywne spacery i zwiedzanie w międzyczasie  czasami stanowią dla nas małe wyzwanie. Ale nie poddajemy się, bo po pierwsze – siedzi w nas ciekawość odwiedzania nowych miejsc, a po drugie – lubimy tworzyć relacje dla naszych czytelników. Zatem motywacja jest podwójna.

Na samym wejściu zaskoczyła nas frekwencja. Ludzie stali w kolejce do powiedzmy recepcji. Pewnie dlatego, że wejście było darmowe, ale i tak był warunek, że przynajmniej trzeba wydać na barze po 10 euro na osobę. Od pana z obsługi dostawało się karteczkę, na której barmani zaznaczali kwotę zostawioną na barze. W sumie było to bardzo czytelne i nie trzeba było nosić ze sobą portfela.

Lokal dzielił się na dwie części – klubową i stricte swingerską. W klubowej był parkiet do tańca wraz z rurą do pole dance. Co ciekawe, różnicę poziomów między parkietem a barem znajdującym się wyżej, wykorzystano na zrobienie przestrzeni z pufami i materacami. Niektórzy siedzieli tam sobie, aby odpocząć od tańczenia, inni – wykorzystywali to miejsce do cielesnych uciech. Więc bawiące się pary mogły oglądać z góry ludzi tańczących na parkiecie, zaś osoby tuptające sobie nóżką, spoglądając wyżej, mogły podziwiać erotyczne wybryki innych. Takie dwa w jednym.

Trochę swingu?

Część swingerska od klubowej była oddzielona. Aby do niej przejść, trzeba było zejść do recepcji (bo w sumie jak inaczej nazwać to miejsce w klubie?) i dopiero mijając bar, wchodziło się w wąski korytarz w kształcie litery U, prowadzący do małych pokoików, gdzie można było oddać się uciechom. Tyle w teorii, a w praktyce? No cóż. Na ilość gości, to ta strefa była zdecydowanie za mała, a korytarz był naprawdę wąziutki. Tak wąski, że jak tylko jedna para w nim stanęła, pragnąc obserwować zabawy innych, to nie było jak przejść. W związku z tym, przy odrobinę większej ilości osób, nawet nie było jak nacieszyć oczy seksualnymi igraszkami. O własnych nawet nie było mowy, bo… była kolejka do pokojów. Jak jedna para kończyła się zabawiać, to już pokój był zajęty przez następne osoby. Normalnie taśmowa produkcja rozkoszy.

Na plus było, że do strefy swingerskiej wstęp miały wyłącznie pary i faktycznie było to pilnowane, bo nawet jak Eryk poszedł do baru po drinki dla nas, to został zapytany, gdzie jest jego partnerka. I dopiero, jak wskazał na mnie, został obsłużony.

Za to na duży minus, zwłaszcza dla nas jako osób niepalących, był brak wydzielonej palarni. W związku z tym ludzie palili wszędzie, a dym papierosowy szczypał w oczy niemiłosiernie. Łatwo też było zostać lekko przypalonym na parkiecie. Owszem, lubimy eksperymentować z żywiołami, ale nie w taki sposób.

Dodatkowy minus, to mała szatnia. Szafki były niewielkich rozmiarów, co stanowi utrudnienie w okresie jesienno-zimowym, gdzie w końcu okrycia wierzchnie trzeba gdzieś schować. Brakowało też miejsca do swobodnego przebrania się.

Jak byśmy podsumowali Equinoxe? Jako nietypowe połączenie dyskoteki i swingu, choć z tym drugim to byśmy nie przesadzali, bo jednak nie zaobserwowaliśmy tam jakiejkolwiek troski o higienę. Warto się tam wybrać, aby popatrzeć jak bawią się inni czy wytańczyć na parkiecie, ale nie polecamy tego miejsca do swobodniejszego wyrażania seksualnej ekspresji. Dla własnego komfortu oraz zdrowia.

Strona klubu: https://www.club-equinoxe.de/

Tekst: Luiza i Eryk

Fot.: Swing With Me

PRZECZYTAJ jak bawiliśmy się w innym hamburskim klubie: https://swingwithme.pl/eys-nightclub-hamburg-relacja/

Author:

Lubimy kawę. I to w każdej postaci. Także tej wirtualnej.

Mamy też marzenie, aby nasze zmysłowe opowiadania erotyczne przeniosły się na papierowe kartki i mobilne urządzenia.

Chcemy pisać. Dla Ciebie i dla innych. Możemy połączyć siły. Jeżeli najdzie Cię ochota, to zaprosisz nas kawę. A my odwdzięczymy się nowymi wpisami, a w przyszłości - piękną książką. Ba! Książkami!

Więcej informacji: https://swingwithme.pl/zapros-nas-na-kawe

Nasz profil na Ko-fi: https://ko-fi.com/swingwithme