Ostatnio dużo czytam. Ba, wpadłam w jakiś czytelniczy nałóg. A to wszystko przez Eryka, dzięki któremu przeżywam książkowy orgazm. Może mój mąż nie jest zbyt wylewny w uczuciach, może nie mówi mi każdego dnia, że mnie kocha. Ale co jak co, wie jak uszczęśliwić kobietę. I to nie tylko seksualnie, ale również intelektualnie. Wystarczyło, że jakiś rok temu wykupił mi abonament na e-booki. A potem żałował tej decyzji, bo… przepadłam w świecie literackich fikcji i prawdziwych historii.

Chcę więcej…

I chociaż nic nie przebije książek w wersji papierowej. Niepowtarzalnego zapachu farby drukarskiej, kartek uciekających między palcami i jedynego w swoim rodzaju żalu, gdy ostatnia strona oznacza zakończenie fabuły, a ty po prostu chcesz więcej…

… to jakby nie zaprzeczać, czytnik ma jedną wyższość nad tradycyjną książką – jest mały, poręczny i mieści w sobie wiele powieści zapisanych na malutkiej karcie SD. A, że mój ma jeszcze opcję podświetlania ekranu – to na dodatek mogę czytać w nocy, nie wybudzając ze snu ukochanego mężczyzny, zmęczonego po trudach minionego dnia.

Zapraszamy do “Szkoły żon”

Może wreszcie przejdę do meritum tegoż tekstu, czyli książki. Kilka dni temu wpadła mi w łapki “Szkoła żon” autorstwa Magdaleny Witkiewicz. Jak widnieje informacja na okładce – Romantyczna, erotyczna i trochę feministyczna opowieść o współczesnych matkach, żonach i kochankach. Feministką nie jestem, matką też nie, ale za to żoną i kochanką jak najbardziej – no to czytam!

No i czytam, czytam i czytam i…

Hmmm… Powiem tak – ogólnie pomysł na fabułę zapowiadał się całkiem nieźle. Ot, gdzieś na Mazurach założono prywatny ośrodek zwany “Szkołą żon”. Miejsce, w którym każda kobieta odnajdzie swoje wewnętrzne piękno, a także odkryje swoją seksualność i nauczy się spełniać swoje pragnienia. Pomóc im w tym mają zajęcia psychologiczne, zabiegi upiększające, a także… korepetycje z seksu (w tym lekcje sztuki oralnej) i prywatni masażyści przynoszący ulgę nie tylko obolałym mięśniom tułowia, lecz również mięśniom Kegla. Ot, tacy kochankowie na wyłączność. Gdybym była singielką z wyboru, albo wdową czy rozwódką – bez wątpienia wykupiłabym sobie pobyt i to od razu na dwa turnusy. A co, skupiłabym się zwłaszcza na odkrywaniu wewnętrznego piękna, a raczej na tym, aby ktoś to piękno we mnie eksplorował. I to codziennie, a nawet codziennie po kilka razy.

Niby takie same, a jednak inne

Każda z głównych bohaterek znalazła się w tej szkole nie bez powodu. Julia – świeżo po rozwodzie wygrała pobyt w szkole podczas jednego z przyjęć. Marta – pojechała tam przez swoją ciotkę, która jak się później okazało była właścicielką tego przybytku. Jadwiga – postanowiła w ten sposób zagospodarować swoje oszczędności, bo miała dość ciągłych zdrad swojego męża. Z kolei Misia została wysłana do szkoły przez swojego misia, aby nauczyła się wreszcie robić dobrze loda. Najlepiej tak jak gwiazdki porno – głęboko i z połykiem.

I tak los tych czterech kobiet splótł się nad mazurskim jeziorem. Początkowo onieśmielone, z czasem zaczęły opuszczać swoje skorupy i znajdować odwagę na rozpieszczanie się. Zaś postrzeganie ciała przestało być kojarzone z tematem tabu, a z czymś całkowicie naturalnym.

Erotyka do poprawki

W książce Magdaleny Witkiewicz nie zabrakło kilku scen erotycznych, ale przyznam, że nie poruszyły mnie one, wywołując chociażby malutki dreszczyk podniecenia. Może ja już po prostu mam inny próg wrażliwości i głaskanie po pośladkach już mi nie wystarcza? Zresztą miałam wrażenie, że wszystkie te scenki rodzajowe z erotyką w tle były takie same, wręcz schematyczne. I jeszcze jedno mnie drażniło. Wiem, że język polski pomimo swojego bogactwa oferuje dość wąski zasób słownictwa związany z seksualnością, ale nie kupuję określania łechtaczki – kamyczkiem, a waginy – szczeliną. Nie chodzi o to, żeby rzucać wszędzie gdzie popadnie cipkami i kutasami, popadając w wulgarną skrajność, ale o to – aby zachować rozsądną równowagę, unikając przy tym śmieszności. W końcu “Szkoła żon” miała być powieścią erotyczną dla kobiet, a nie dorastających panien. Choć jej zakończenie również było przesłodzone jak etui na telefon z Hello Kitty i to nie u dziecka, a u “dojrzałej damy”.

“Szkoła żon” ma podobno kontynuację w “Pensjonacie marzeń”, ale chyba tym razem podaruję sobie kolejną wizytę na Mazurach. Wolę wybrać się gdzieś indziej, i z innymi bohaterami, bo cukierkowy świat Magdaleny Witkiewicz mnie nie zadowolił.

Tekst: Luiza

PRZECZYTAJ: https://swingwithme.pl/i-jak-to-jest-z-ta-sztuka-kochania/